W dniu 25 maja do Muzeum Lwowa przybyli członkowie Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej. Podczas spotkania ogłoszono „Apel do przyszłych pokoleń” i posadzono symboliczny „dąb pamięci”. Mszę Świętą przed dworkiem, zwanym od nazwiska właścicieli – Bieniszewiczami odprawił kapelan „Solidarności”- ks. Stanisław Małkowski. Patriotyczne uroczystości, jakie odbywają się w Muzeum, założonym przez Aleksandrę i Bogdana Biniszewskich, sprawiają, że ta placówka jest znana na terenie całego Mazowsza. Klimat Biniszewicz jest niepowtarzalny. Tam naprawdę czuć atmosferę przedwojennej Rzeczypospolitej. W tworzeniu historycznej oprawy pomogli tym razem także rekonstruktorzy z Mszczonowa i Grodziska Mazowieckiego. Piechurzy z GRH „STRZELCTY 31 pułku piechoty” i ułani ze Stowarzyszenia 14 pułku Ułanów Jazłowieckich byli dla uczestników zjazdu nie tylko dowodem na to, że historia dla młodego pokolenia może stać się pasją, ale przede wszystkim gwarantem, iż w przyszłości z pewnością nie zabraknie osób gotowych do kultywowania pamięci o bohaterach sprzed lat. W trakcie uroczystości mszczonowscy rekonstruktorzy rozmawiali z wieloma Kresowiakami. Jednakże, to spotkanie z Edmundem Lebiedziem wywarło na nich największe wrażenie. Kombatant bezbłędnie rozpoznał uzbrojenie i oporządzenie jakim dysponuje GRH. Opowiadał o swojej walce w oddziałach AK Grodzieńszczyźnie i o późniejszym zesłaniu w okolice Omska. W łagrach spędził cztery i pół roku. Wrócił dopiero w roku 1955. Pomimo tylu tragicznych przeżyć o wszystkim mówił ze spokojem. W jego głosie nie było smutku. Nie żalił się na swój los. Był z niego zadowolony, gdyż jak stwierdził krótko i po żołniersku „przecież przeżyłem i wróciłem do domu”. Głos łamał mu się jedynie przy wspomnieniach walk o Grodno z 1939 roku. Gdy wspominał o bestialstwie Sowietów, którzy aby złamać opór polskich obrońców przywiązali do szturmującego czołgu dziecko. Na tyle, na ile pozwalała pamięć Pan Edmund relacjonował to zdarzenie. Ten mały obrońca Grodna- Tadzio Jasiński – tak okrutnie potraktowany przez najeźdźców, to narodowy bohater, o którym powinno się uczyć w polskich szkołach. Niestety niewielu Polaków zna jego historię. Przypominanie jej w okresie PRL-u było oczywiście zakazane. Dla dzisiejszej niewiedzy na ten temat nie ma już żadnego usprawiedliwienia. W archiwum Mszczonowskiego Stowarzyszenia Historycznego jest kopia relacji grodzieńskiej nauczycielki, Grażyny Lipińskiej (pseudonim: Bronisława Majko), która zdejmowała z wrogiej maszyny poranionego, 13-letniego Tadzia. Specjalnie dla naszych Czytelników przytaczamy wiernie jej wspomnienia, abyście także i Państwo mogli po zapoznaniu się z nimi przekazywać je dalej. To nasz obowiązek… * * * „Oczy Danuty błyszczą dziko, chowa się przed czołgami – nie ze strachu, lecz z nienawiści. – nie mogę patrzeć! – tłumaczy. Na tym dalekim czołgu plama. Nie słucham Danki… lecę. Nagła straszna pewność – odtworzenie przeszłości: Głogów! Śmiercionośna maszyna toczy się naprzód, a ja stępiała na wszystko lecę prosto na nią. Nie słyszę okrzyku ściągającej mnie Danki… Przeraźliwy zgrzyt ślimaka… czołg staje tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie. Zaczynamy z Danką uwalniać rozkrzyżowane gałganami ramiona chłopca. Nie zdaję sobie dokładnie sprawy, co się wokół dzieje. Z czołgu wyskakuje czarny tankista, a w dłoni brauning – grozi nam; z sąsiedniego domu z podniesioną do góry pięścią wybiega młody Żyd, ochrypłym głosem krzyczy – o coś oskarża nas i chłopczyka. Dla mnie oni nie istnieją. Widzę tylko oczy dziecka pełne strachu… pełne męki. I widzę jak uwolnione z więzów ramiona wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze. Ja już jestem w jego głowach, chwytam nosze i pozostawiając oniemiałych naszym zuchwalstwem oprawców – uciekamy. Chłopczyk ma pięć ran od kul karabinowych (wiem – to polskie kule sieką po wrogich czołgach) i silny upływ krwi, ale jest przytomny. W szpitalu otaczają go siostry, doktorzy, chorzy. – Chcę mamy… – prosi dziecko. Nazywa się Tadeusz Jasiński, ma 13 lat, jedyne dziecko Zofii Jasińskiej, służącej, nie ma ojca, wychowanek Zakładu Dobroczynności. Poszedł na bój, rzucił butelkę benzyny na czołg, ale nie zapalił … nie umiał… Wyskoczyli bili, chcieli zastrzelić, a potem skrępowali na łbie czołgu. Tadzik Jasiński, jeszcze jedna żywa torpeda! Danka sprowadza matkę. Nie pomaga transfuzja krwi. Chłopiec coraz słabszy, zaczyna konać. Ale kona w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski, bo szpital wojskowy jest ciągle w rękach naszych. Matka zrozpaczona i pobudzona jednocześnie czynem syna szepce mu: – Tadzik, cisz się! Polska armia wraca! Ułani z chorągwiami! Śpiewają!!!”.MMJM