POLSKIE TERMOPILE – SURKONTY 1944

Relacje Świadków Historii

Surkonty 1944

HELENA BAKŁAN - SURKONTY

Autorka relacji była żołnierzem konspiracji AK w Lidzie


W lipcu 1944 r. wyjechałam z Lidy z moja matką do wsi Dowgieliszki, gdzie znalazły schronienie rodziny partyzantów. Dookoła Lidy działały oddziały partyzanckie AK. „Przytrulisko” w Dowgieliszkach zawdzięczaliśmy panu Edwardowi Kisielowi - pseudonimu nie pamiętamy (tzn, ja i Hanka Szmigiero), który był komendantem placówki na terenie Bardzewicz. On organizował zaopatrzenie dla oddziałów partyzanckich, przydzielał kwatery, również dla rodzin partyzanckich - itp. W Dowgieliszkach mieszkały razem dwie siostrzenice pana Edwarda Kisiela - Ania Szmigiero i jej starsza siostra zamężna - Monika Zaremba-Szmigiero (niestety nie pamiętam nazwiska gospodarza). Obie współpracowały z oddziałem AK por. „Krysi” jako sanitariuszki.

Była tam również matka „Gryfa” (Zbigniewa Żwańskiego), pani Maria Żwańska, a także matka Jurka Sawickiego (zginął pod Bielicą), siostra Ziutka Żakiewicza - pani Ania oraz pani Maciejewska, której córka - sanitariuszka (pseudo „Śnieżka”, „Pączek”) opiekowała się chorymi w szpitaliku. W tym gęsto zaludnionym domu przed koncentracją pod Wilnem przebywał przez jakiś czas sztab „Krysi” (Jana Borysewicza).

Po zdradzie sowieckiej i rozbrojeniu partyzantów AK pod Wilnem, niektórzy uciekli, chroniąc się m.in. w Dowgieliszkach, tak jak na przykład „Zem” (Zygfryd Żwański) i inni, których ani nazwisk ani pseudonimów już nie pamiętam. Sytuacja była groźna, dookoła oddziały sowieckie penetrowały teren, szukając ukrywających się partyzantów. W tym czasie, około 12 sierpnia 1944 r. zginął postrzelony i dokłuty bagnetami przez sowieckich bandytów Jan Zaremba. Chowaliśmy go o świcie w za ciasnej trumnie na małym wiejskim cmentarzyku, skradając się po cichu.

20 sierpnia w niedzielę rano wyruszyłyśmy z Anią Szmigiero (pseudonim „Nika”) z Dowgieliszek na mszę świętą do kościoła w Pielasie. Byliśmy już niedaleko kościoła, kiedy nagle zza stodoły wyszli naprzeciw nam partyzanci [było to w jakiejś osadzie koło Pielasy]. Okazało się, że to nasi znajomi - Stach Dźwinel i Mietek Szeptunowski. Przez chwilę rozmawialiśmy, informując ich gdzie obecnie mieszkamy i co się dookoła dzieje. Chłopcy byli wyraźnie zmęczeni i przygnębieni. Potem, zapewne zaniepokojony usłyszaną rozmową, wyszedł do nas „Kotwicz”, ale zaraz zorientował się, że jesteśmy znajomymi Stacha i Mietka. Jeszcze chwila rozmowy i pożegnaliśmy się. Na płocie koło stodoły suszyły się onuce i buty. W pobliżu kręcili się żołnierze. Z Pielasy wróciłyśmy do Dowgieliszek i opowiedziałyśmy naszym najbliższym o sytuacji.

21 sierpnia [1944 r.] po południu usłyszeliśmy gdzieś daleko strzały karabinów maszynowych i innej broni, bardzo intensywne, nasilające się. Nie wiem jak długo to trwało, ale nam się wydawało, że wieki. Strzały te dochodziły od strony Pielasy i jak orzekli miejscowi ludzie, były to odgłosy toczącej się bitwy. Wieczorem uciszyło się, słychać było juz tylko pojedyncze strzały. Niepokój, który nam stale towarzyszył, nasilił się, bo natrętnie kojarzył się ze spotkaniem grupy partyzantów koło Pielasy. We wtorek 22 sierpnia rano Wyruszyłyśmy z Anią Szmigiero („Nika”) do Surkont. Juz dziś niestety nie pamiętamy, kto (pseudonim, nazwisko) polecił nam wyruszyć w tę drogę. Kiedy dochodziłyśmy na miejsce, jacyś mieszkający w pobliżu ludzie powiedzieli nam, że w poniedziałek po południu nadjechały znienacka liczne sowieckie samochody wojskowe. Otoczyli naszych partyzantów (podobno trwała wtedy narada) i zaczęła się bitwa, bo nasi bronili się zacięcie. Poszłyśmy na pole, na którym zobaczyłyśmy mnóstwo zabitych partyzantów. To było wstrząsające przeżycie!!! Płakałyśmy patrząc na zmasakrowanych w większości chłopców. Podchodziłyśmy kolejno do wszystkich poległych, leżących na polu (na rżysku po uprzątniętym zbożu). A potem zeszłyśmy dalej na łąkę po prawej stronie, w pobliżu był las. Na łące leżała i trzymała w obu dłoniach zaciśniętą trawę (darń) - Genka Myszkówna, jedyna dziewczyna. Gienkę Myszkownę znałyśmy dobrze obie. Ania mieszkała [w Lidzie] niedaleko Gienki, a ja uczyłam się w gimnazjum z jej bratem - Stachem. Wśród zabitych na polu rozpoznałyśmy Stacha Dźwinela - był dobity kulą dum-dum. Kula wyszła z tyłu głowy, roztrzaskując czaszkę, ale twarz była nienaruszona. Poznałyśmy także Mietka Szeptunowskiego. Przed dwoma dniami, w niedzielę, rozmawiałyśmy przecież z Mietkiem i Stachem. Ja rozpoznałam ponadto Jasia Kleidiensta, syna naszych lidzkich profesorów gimnazjalnych, a brata Ireny Kleidienst-Wojtuszkiewiczowej. W Lidzie mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy, tj. na Fermie. Pośród zabitych odnalazłam także Witka Żuka, którego rodzina również mieszkała na Fermie, a ja znałam jego starsze rodzeństwo.

Synów profesora Kalecińskiego nie znałam w ogóle (byli młodsi ode mnie). Potem dowiedziałam się, że obaj zginęli w tej bitwie. O ile z Anią pamiętamy, było tam zabitych ponad 30 osób, ale dokładnej liczby nie ustaliłyśmy. Zrozpaczone wróciłyśmy do Dowgieliszek i zgodnie z poleceniem przekazałyśmy nasze ustalenia panu, który nas skierował do Surkont.

Surkonty 1944

WACŁAW ŁUGOWSKI PS. "BURZA", "STOJAN" - BITWA POD SURKONTAMI

Autor relacji był komendantem placówki 311 (Bieńkiewicze-Jewsiewicze) w Ośrodku Lida i jednocześnie pierwszym dowódcą oddziału partyzanckiego nr 311, w maju 1943 r. po całkowitej dekonspiracji - został przeniesiony do Ośrodka Szczuczyn gdzie do marca 1944 r. pełnił funkcję zastępcy komendanta tegoż ośrodka; od połowy czerwca był adiutantem w VII batalionie 77 pp AK.


Po rozwiązaniu oddziałów wycofywanych spod Wilna - znalazłem się w grupie ppłk „Borsuka” [Janusz Szlaski, do 12 czerwca 1944 r. komendant Okręgu Nowogródzkiego AK] i „Ostoi” [ppor. Bojomir Tworzyański, d-ca VII batalionu 77 pp AK], zdecydowałem się ma-szerować na zachód ... Była to grupa licząca w przybliżeniu około 20-25 osób, w tym parę łączniczek. Mieliśmy do dyspozycji jeden wóz konny. [...] Na pierwszym postoju wyśledził nas oddział sowiecki. Grupa nasza została zaskoczona. Ppłk „Borsuk” daje rozkaz, by por. „Las” i chor. „Burza”, jako dobrze władający językiem rosyjskim, podjęli rozmowy z oficerem radzieckim. Był to oficer w stopniu majora. [...] Przedłużające się rozmowy z oficerem radzieckim pozwoliły naszej grupie oderwać się, która pozostawiwszy wóz taborowy ze sprzę-tem, ulotniła się. „Las” i ja dostaliśmy się w tych okolicznościach do rąk sowieckich i zostaliśmy doprowadzeni do taboru składającego się z kilku furmanek, na których i przy któ-rych była dość duża liczba zatrzymanych akowców, przeważnie z brygad wileńskich. W m miejscu utraciłem kontakt z por. „Lasem”. Odtąd dalszych jego losów nie znam. Na łące przy-legającej do rzeki Wisińczy uzbierała się duża grupa zatrzymanych akowców, która wciąż się powiększała. Korzystając z pogodnego i ciepłego ranka część zatrzymanych akowców myła się, a kilkunastu kąpało się w rzece. Widząc szansę ucieczki i ja przyłączyłem się do kapiących się w rzece. Bedąc juz w rzece zacząłem powoli oddalać się i gdy już zasłaniały mnie przyrzeczne zarośla (na zakolu) - przedostałem się na drugą stronę rzeki i tylko w kalesonach schron iłem się w pierwszych zabudowaniach położonej tu wioski. Tu dostałem szaraczkowe ubranie oraz koszulę i boso ruszyłem w kierunku zachodnim. W drodze spotkałem żołnierza VII batalionu 77 pp AK o pseudonimie „Zawisza” (Władysław Sałkiewicz) z którym szedłem razem aż pod m. Raduń, gdzie rozstaliśmy się.

Nie widząc dla siebie miejsca na Ziemi Nowogródzkiej pod okupacją sowiecką, posta-nowiłem przejść indywidualnie na teren Grodna i ewentualnie dalej. Po zachodniej stronie Radunia, w niewielkim brzeźniaku, natknąłem się przypadkowo na majora „Kotwicza” [Ma-cieja Kalenkiewicza] z jego oddziałem w sile około 80 ludzi dobrze uzbrojonych. „Kotwicz” znał mnie z poprzednio pełnionych przeze mnie funkcji. Jako ówczesny komendant Okręgu Nowogrodzkiego (po aresztowaniu pod Wilnem jego poprzednika ppłk. „Poleszuka” - Adama Szydłowskiego) zatrzymał mnie i rozkazał udać się do Szczuczyna, aby objąć ponownie stanowisko komendanta Ośrodka „Łąka” [Szczuczyn] i wznowić działalność. Będącego już z jego rozkazu na tym stanowisku por. „Bzurę” (Jan Borysewicz, stryjeczny brat „Krysi”-Jana Borysewicza) powiadomił mjr „Kotwicz” przeze mnie o tej zmianie, wyznaczając „Bzurę” na inne stanowisko. Po upływie 30 dni miałem w towarzystwie kierownika WSOP [Wojskowej Służby Ochrony Powstania] „Borysa” (nauczyciel Józef Małek) przybyć do mjr „Kotwicza” na odprawę. Wyznaczył spotkanie w tym samym miejscu, tj. w znanym nam brzeźniaku koło Radunia. Otrzymany rozkaz wykonałem w całej rozciągłości.

Zgodnie z powyższym w dniu 19 sierpnia 1944 r. wyruszyliśmy z „Borysem” pieszo do odległego o około 75 km lasku pod Raduniem [Skirejki ?] - uzbrojeni w pistolety i wyposażeni w stosowne dokumenty (aczkolwiek lewe). odległość około 70 km przybyłem na odprawę w towarzystwie kierownika WSOP „Borysa”. Na wyznaczonym miejscu zastałem już mjr „Kotwicza” z jego oddziałem. Spotkanie nastąpiło w godzinach wieczornych w dniu 20 sierpnia 1944 r. Po odbytej odprawie z nami i kilku innymi przywołanymi na odprawę - mjr „Kotwicz” w nocy z 20 na 21 sierpnia 1944 r. postanowił zmienić miejsce postoju kierując się w kierunku zachodnim. Z oddziałem szedłem również ja z „Borysem”, ponieważ było nam po drodze. Nie wiem, czy w założeniu „Kotwicza” Surkonty miały być miejscem docelowym, ale krótka sierpniowa noc nie pozwalała na dalszy marsz. Nie udało się niepostrzeżenie przejść obok dużej wsi Pielasa, zamieszkałej prawie wyłącznie przez Litwinów. Najprawdopodobniej to właśnie z Pielasy wyszła denuncjacja do Radunia o obecności oddziału AK w Surkontach.

Osiągnęliśmy Surkonty. Poranek był piękny, słoneczny, toteż sanitariuszka na dworze, przed chałupą, robiła „Kotwiczowi” opatrunek przedramienia po amputowanej niedawno ręce. Nie wiem jak wyglądało ubezpieczenie miejsca postoju oddziału, ale stało się tak, że sowieci pod-wiezieni samochodami z pobliskiego Radunia, zjawili się tu nagle i zaskoczyli oddział w Sur-kontach. Sprawnie zajęli wzniesienie na skraju wsi i z odległości kilkudziesięciu metrów otwo-rzyli piekielny ogień z broni maszynowej i automatycznej. Oddział „Kotwicza” również był dobrze uzbrojony. Rozgorzała mordercza walka. Ponieważ ja i „Borys” nie zdążyliśmy jeszcze odejść do Szczuczyna, znaleźliśmy się w ogniu walki.

Byłem przy kpt. „Bustromiaku” [kpt. Bolesław Wasilewski „Zoja”, „Bustromiak” - ostatni dowódca V batalionu 77 pp AK], który po śmierci „Kotwicza” objął komendę. Widziałem z pewnej odległości jak polegli: „Kotwicz”, jego adiutant i sanitariuszka.

Byliśmy z kpt. „Bustromiakiem” przy stodole jednego z gospodarstw surkonckich w środkowej części wsi. Tu „Bustromiak” otrzymał postrzał w głowę w okolicy brwiowej. Krwawił, ale był na stanowisku i dowodził. W pewnym momencie dostrzegłem rannego akowca, tarzającego się w bólach. Leżał w odległości około 15 m, przysłonięty wybujałym zielskiem. Widziałem szansę wyciągnięcia go z pola rażenia - podczołgałem się do niego. Zabrałem jego automat i mocując się z rannym, uniosłem się na łokciach i kolanach nieco wyżej - i wtedy otrzymałem postrzał w okolicy pasa. Kula przeszła kość miedniczą i wyszła tuż przy odbycie (wiedza o tym przyszła później). O własnych silach zdołałem się wyczołgać i schroniłem się w stodole. Straciłem przytomność. Nie wiem w jaki sposób znalazłem się potem w pobliskiej chałupie. Gdy miałem przebłysk świadomości zauważyłem, że w chałupie jestem sam i przy mnie ogromne psisko. Leżałem na posadzce mając pod brzuchem poduszkę, nie miałem pistoletu i nie miałem opatrunku. Spodnie i cholewy butów były wypełnione zakrzepłą krwią. Czułem się słabo i wkrótce ponownie straciłem przytomność. Odzyskałem ją znów w czasie ładowania mnie na furmankę. Straciłem orientację w czasie, ale było jeszcze jasno. Wrzawa walki ustała, słyszałem tylko pojedyncze strzały.

Furmanką miałem być dostarczony do Radunia. Odjeżdżając widziałem w zasięgu pola widzenia masę poległych po obu stronach. Do Radunia nie dojechałem, przejął mnie w drodze patrol z placówki AK zza rzeki Dzitwy dowodzony przez kpr. „Panterę” (Leon Podej-ko vel Ludwikowski). Ulokowano mnie we wsi Zaleskie na terenie placówki Bieńkiewicze, gdzie w latach 1942-1943 utworzyłem oddział nr 311 i dowodziłem nim. Kpr. „Pantera” był filarem tego oddziału. W parę dni później sowieci utworzyli na tym terenie tzw. kocioł i szczelnie przeczesywali go. Każdy napotkany mężczyzna został zatrzymany. Nie łatwo było mnie, rannemu, uchować się tam. Ukrywany byłem w stercie słomy lub w głębokich na ponad dwa metry dołach przeznaczonych do przechowywania zimą kartofli. Chyba za sprawą „Borysa”, który wrócił do Szczuczyna cały i zdrów, została wysłana łączniczka z zadaniem odnalezienia mnie. Odnalazła mnie, ale zaraz odeszła. Za parę dni przyjechały po mnie „Wilia” (Irena Nowaczek) i „Pszczółka” (Genowefa Grygielewicz). W Szczuczynie leczyłem się i jednocześnie kierowałem Ośrodkiem „Łąka”.

Nowym komendantem Okręgu został „Bustromiak” [sic - do początku listopada 1944 r. okręgiem dowodził jako p.o. komendanta kpt. cc Stanisław Sędziak „Warta”, po nim ko-mendę na krótko przejął „Bustromiak”, który aresztowany w grudniu - przeszedł „na ciemną stronę mocy”]. Utrzymywałem z nim żywy kontakt i wykonywałem jego rozkazy. Na stanowi-sku w Szczuczynie trwałem prawie do końca listopada 1944 r., ale to już inna historia.

Nie mogę autorytatywnie stwierdzić ilu poległo naszych w Surkontach. Wymienia się liczbę 36 mężczyzn i 2 sanitariuszki. Stanowi to dosłownie połowę stanu oddziału.

Surkonty 1944

JANUSZ BORYSEWICZ VEL. WAWERSKI PS. "JANUSZ" - WALKI W PODDUBICZACH I SURKONTACH

Autor relacji był żołnierzem Ośrodka AK Szczuczyn w placówce konspiracyjnej Żołudek, a od lata 1943 r. służył w zwiadzie konnym Batalionu Zaniemeńskiego rtm. „Lecha”, w końcu grudnia 1943 r. przeszedł do 1 kompanii III batalionu 77 pp AK (Uderzeniowy Batalion Kadrowy)


[…] Gdy byliśmy już w Puszczy Ruskiej, sowieci nas otoczyli i rozproszyli. Po prostu – zaskoczyli nas, zaczęli strzelać – i rozproszyli nas [chodzi tu o oddział z rozwiązanego III batalionu 77 pp AK (UBK), w którym „Janusz” służył]. Wtedy ja zostałem, odłączyłem się. Bolała mnie noga, nie mogłem biec i zostałem. Po drodze spotkałem jeszcze trzech czy czterech, między nimi był „Kozic” [Stanisław Oleksiak – późniejszy prezes ZG ŚZŻAK] i „Jaworski”, także ta „Janka”, która była przy sztabie. Oni mówili, że idą do Wilna. Ja powiedziałem, że idę na Naczę. […]

Poszedłem dalej. Potem spotkałem jeszcze tych dwóch Miaciów i jeszcze jednego, którego już nie pamiętam. Było nas teraz czterech. Szliśmy dalej. W pewnej chwili, już wieczorem, napotkaliśmy domek z ganeczkiem. I tam nas jakiś oddział zatrzymał. Powiedzieliśmy z jakiego jesteśmy oddziału, z której kompanii. Doprowadzono nas do dowódcy. Był tam kapitan „Zoja”, to jest „Bustromiak”. „Kotwicza” tam wtedy nie było. Oni potrzebowali broni. Ja mówię, że wiem, gdzie jest broń. Czy ja mogę tamta broń ściągnąć? – Owszem. On [„Bustromiak”] mówi – na rano, na jutro idźcie tam i przynieście nam tę broń. My tam z nimi przenocowaliśmy i rzeczywiście – z samego rana poszliśmy tam, raniusieńko, to było przecież lato, dzień zaczynał się bardzo wcześnie. I zabraliśmy z tej broni pozostawionej przez UBK w bagnie i w krzakach – erkaem czeską Zbrojowkę, pepeszki, kilka karabinów. Wróciliśmy z tym z powrotem. Doszliśmy do tej samej miejscowości. Zostaliśmy już w tym oddziale.

Po jakimś czasie znaleźliśmy się w tych Poddubiczach. I tam staliśmy w nocy. Te Poddubicze to były takie domki z jednej strony ulicy. Te domki były tylko z jednej strony ulicy, z drugiej nie. Za tymi domkami były pola orne. Tam mieliśmy pierwszą walkę. Spaliśmy w stodole w ostatnich zabudowaniach, na samym skraju wsi. Rosjanie otaczali nas od strony północnej. Od razu zaczęliśmy wycofywać się do takiego lasku, zdaje się brzeziny. To było dobre, że była duża mgła – taka, że na parę metrów nic nie widać. I wtedy właśnie zginęli nasi ludzie. Oni [sowieci] ostrzeliwali nas mocno. Byli blisko, tuz za nami. Myśmy wyskakiwali ze stodoły i dobiegali … [do brzeziny]. Wtedy właśnie zginął Stach Miać, dosłownie w moich oczach. Miał karabin maszynowy i tutaj [na pasie] granat – dostał w granat, który się rozerwał. Dostał też, pamiętam, Heniek Lisowski – jego pseudonim był „Alan” – on był z „Bohdanki”, był chyba w kawalerii …

Z tych Poddubicz potem żeśmy szli już w dzień. Przeszliśmy przez las. Wyszliśmy na tereny bezleśne, były tam tylko kępki drzew, to tu, to tam. Nie bezpośredni żeśmy doszli do tej wsi … do tych Surkont. Musieliśmy przesuwać się – „przeskakiwać” od jednej kępki drzew do drugiej. Do tych Surkont doszliśmy dopiero za dwa dni. Bo walka w Poddubiczach była 19 [sierpnia 1944 r.], a doszliśmy dopiero w nocy na 1 [sierpnia 1944 r.]. Cała grupa „Bustromiaka” przyszła i dołączyła do „Kotwicza”. Tylko że my z „Jarym” zostaliśmy tam na samym brzegu wioski. Zaszliśmy do gospodarstwa na brzegu wsi, niewielki domek, dalej zabudowania inne – obory, stodoła. Otoczone to było płotkiem z chrustu.

Nasza drużyna „Jarego” nie poszła tam, gdzie był główny oddział z „Kotwiczem”, tylko została tram na brzegu, w tym pierwszym gospodarstwie. Ono było w takim obniżeniu terenu. A oni [oddział z „Kotwiczem”] byli dalej, w zabudowaniach na takim jakby wzgórzu. To było około 500 metrów odległości od nas. Z jednego boku były błota nad Dzitwą i z drugiego błota od takiej mniejszej rzeczki płynącej przez Kamienny Most. Takie błota – nie do przebycia.

Drużyna „Jarego” liczyła 11 ludzi – razem z nim. Przeżyło tylko dwóch. Reszta została wystrzelana w tym odwrocie. „Jary” był w mieszkaniu, my rozłożyliśmy się w stodole. Ja byłem na zewnątrz, w ogóle nie spałem w tej stodole. Trudno mi powiedzieć, jak zaczęła się ta walka. Strzelanina zaczęła się u nas, a nie tam gdzie był oddział z „Kotwiczem” i resztą oficerów. Atak sowiecki szedł z tej strony – jakby z zachodu w kierunku wschodnim [mówi z mapą w ręku]. A tu – stąd i stąd – cekaemy były. To była szeroka tyraliera, aż do tych błot. Jak sowieci zaczęli nas ostrzeliwać, to myśmy wycofywali się na te błota nad Dzitwą. Nie w kierunku do nich [oddziału z „Kotwiczem”], ale na te błota. Jak zaczęły się strzały – „Jary” zaraz wyskoczył z domu, miał na sobie niezapięty mundur, był czapki i bez butów. Buty miał ze sobą, trzymał w ręku. Jak wyskoczył, tam te domy są … tam jak są podmurówki – to taki występ – te dolne belki są. Dostał w pierś – leżał oparty tak o tę ścianę, od razu nie żył. Oprócz niego zginął tam jeszcze któryś z naszych – ale nie pamiętam który.

Walka oddziału „Kotwicza” zaczęła się, jak myśmy się już wycofywali.

Pyta pan, czy żeśmy się ostrzeliwali? Tam już nie było wyjścia – reszta wycofywała się. Trzeba było wycofać się, tam siła sowietów była ogromna. Zaczęliśmy wycofywać się na te błota, początkowo trochę pod osłoną budynków. Budynki nas troszeczkę zasłaniały. I co się okazało? Że jak się zaczęliśmy wycofywać, to tu na tych błotach – wszyscy zginęli. To byli młodzi ludzie, młodzi chłopcy. „Norski” został ranny – ja go wyciągałem i pomagałem iść. Co prawda rana nie była ciężka, to był przestrzał przez mięsień … ale bądź co bądź chłopak krwawił. I ja go wyciągnąłem stamtąd – zaczęliśmy się wycofywać – i co raz żeśmy się ostrzeliwali. Myśmy padali, podnosili się – i dalej uciekali. A już nasze chłopcy – to żaden z nich nie żył … A może jeszcze który szył, ale już wszyscy leżeli na tym błocie. Dosłownie – ja ich widziałem jak leżeli na tym błocie. Oni [sowieci] normalnie z cekaemu ich rozwalili … Oni [sowieci] po nas też strzelali. Uciekaliśmy pod ogniem cekaemu. Dopiero potem człowiek oprzytomniał … Jak to … Ja miałem mundur postrzelany, czapka przestrzelona – a sam nie byłem nawet draśnięty. Z tej grupy „Jarego” to wyszło tylko nas dwóch. Ten drugi to był „Norski”, którego wyprowadziłem. On już wcześniej był ranny, a teraz jeszcze jak go prowadziłem to przy mnie dostał postrzał w rękę.

Może tam jeszcze ktoś z naszych schował się i dopiero potem ruscy go zabili. Tam była taka piwnica, w której miejscowi pochowali się.

Ja z „Norskim” doszliśmy do takich dwóch dużych gospodarstw, tam były duże stodoły. Pamiętam, to była kolonia Szczuki. Tam spotkaliśmy dwóch ludzi z naszych oddziałów, oni byli z Żołudka. Już bez mundurów i bez broni. Już jaklo cywile. […] Byliśmy głodni, dostaliśmy od nich trochę miodu. Prosiliśmy, żeby powiadomili kogoś [z organizacji], bo przecież jako cywile mieli większe możliwości. Rzeczywiście, przyszedł młody chłopak, którego wysłał „Zoja”. „Zoja” przysłał do mnie kartkę. […]

Obiecali, że przyślą jakąś pomoc temu rannemu koledze, „Norskiemu”. Żeby choć opatrunki były … Nie mieliśmy żadnych opatrunków. „Norski” zaczął już gorączkować. Schowaliśmy się w stogu siana, koło stodoły. Pod wieczór przyszli sowieci. Szukali nas. Ktoś jednak powiedział im, żeśmy się tu schowali. Do tych domków było ze dwa kilometry. To jednak dość daleko. Myśmy się schowali pod spód w tym stogu. Oni sztykami wszędzie przedziobali, ale jednak nie znaleźli nas. Myśmy tam przebywali jeszcze jeden dzień. Na drugi dzień … taki młody, syn gospodarza chyba, zaczął wymuszać, żeby jemu oddać broń. Ja miałem niemiecką torbę – w niej Nagan. Miałem jeszcze Parabellum i granaty. Francuskie granaty – wie pan, strona zewnętrzna jest gładka, jak gruszka wygląda. A karby są dopiero od strony wewnętrznej. Miałem też polski granat. Oprócz tego miałem pepeszkę, a kolega „Norski” miał MP-i. Wreszcie przyszła do niego sanitariuszka i zrobiła mu opatrunek. Potem przyszedł lekarz. I zabrali go stąd na „melinę”. Mnie kazali stamtąd wyjść, ten gospodarz – że oni się boją. No cóż … taka sytuacja, normalne że ludzie się boją. Ale mi broń zabrali. Zostawiłem sobie tylko pistolet i granaty. Poszedłem w stronę Papierni. Musiałem aż tak obchodzić, Wawiórkę omijałem. Doszedłem do Papierni, tam przenocowałem. Jeszcze nie miałem cywilnego ubrania, cały czas byłem w mundurze. Kierownik majątku Papiernia, bo tam jest miejscowość i majątek, on dał mi dopiero cywilne ubranie. I stamtąd trafiłem pod Wawiórkę … nad Lebiodkę. Tam spotkałem „Sęka”, to jest Tadka „Siniczkina” [Siemaszko]. Tam z nim przebywałem przez pewien czas. Chowaliśmy się razem. W lasku nad Lebiodą wykopaliśmy sobie bunkier. W lasku, za rzeką. Wykopaliśmy dół – głębokości około dwóch metrów, przykryty belkami, potem gałęziami i zasypany równiutko, obłożony mchem. Wyjście zrobione było z desek. I były tam świerczki. Jak wychodziliśmy – „zamykaliśmy” świerczkiem. Tam przez pewien czas mieszkaliśmy. Jedzenie przynosiły nam dziewczyny ze wsi, siostry S[…]. Byliśmy tam dosyć krótko. Powiedziano nam, że jest jakiś oddział na tym terenie. Okazało się, że dowodził nim rzeczywiście sierżant z oddziału „Krysi” – Stanisław Rodziewicz, on był nauczycielem sprzed wojny. U „Krysi” zdaje się, że dowodził plutonem. Przyłączyliśmy się do tego oddziału i chodziliśmy z nim przez jakiś czas. Ale co oni robili, na czym polegała ich działalność? Tylko i wyłącznie wyroki … Był nacisk, żeby uczestniczyć w tych akcjach. Ponieważ mnie to całkowicie nie odpowiadało … Przed samym końcem roku [1944 r.] odłączyliśmy się. […]

Surkonty 1944

ELEONORA CICHOCKA - KOLENDO PS. "TERESA" - "BOHDANKA" POD SURKONTAMI

Autorka relacji, żołnierz Ośrodka AK Nowogródek i VIII batalionu 77 pp AK krypt. „Bohdanka”, została skazana przez sowiecki trybunał wojskowy na karę śmierci, zamienioną na wieloletnie uwięzienie w łagrach (spędziła w nich 10 lat życia).


Po rozproszeniu oddziałów Armii Krajowej w Puszczy Rudnickiej, cześć naszego batalionu, w tym i ja, trafiliśmy do miejsca, gdzie stacjonował niewielki oddział dowodzony przez kpt. „Bustromiaka”. Dołączyliśmy do tej grupy. Było to we wsi Poddubicze. Oprócz kpt. „Bustromiaka” był tam rtm. „Ostroga” i kpt. „Hatrak”. Dano mi od razu zadanie przywiezienia broni. Otrzymałam hasło, przydzielono ochronę, którą okazał się mój kolega z lidzkiego gimnazjum - „Zyga”, nazwiska jego nie pamiętam. Po wielu trudnościach i niebezpieczeństwach z powierzonego zadania wywiązałem się w pełni. Wróciłam z Poddubicz z ładunkiem broni przekazując ją dowódcy „Bustromiakowi”. Po moim powrocie zaopiekowała się mną Gienka przynosząc mi coś do jedzenia i garnek mleka do popicia. Gienka Myszkówna - wysoka, mocna, dzielna dziewczyna, dobra i opiekuńcza.

Niebawem otrzymałam nowe polecenie: udania się do Dubicz na plebanię. Na miejscu od księdza miałam dostać zadanie. Wieś Dubicze to duża litewska osada, pełna groźnych psów. Uprzedzono mnie o tym. Wzięłam kij, narzuciłam chustę i dotarłam do plebanii. Spotkała mnie siostra księdza i jej śliczna córka. Ksiądz przydzielił mnie obowiązek słuchania radia i zapisywania treści audycji [materiał ten wykorzystywano do przygotowywania biuletynów wydawanych na powielaczu]. Ważną rzeczą było zapisywanie podawanych szyfrów cyfrowych, które musiałam natychmiast przekazywać księdzu.

Ze względu na ciągłe penetrowanie terenu przez wojska sowieckie nie mogłam swobodnie wychodzić z domu, a w razie jakiegoś „nalotu” miałam być siostrzenicą księdza.

Pewnego dnia ksiądz dał mi meldunek i kazał zanieść go do oddziału w lesie. Drogę dokładnie określił. Wyszłam z plebanii późnym popołudniem i przebłąkawszy się prawie całą noc w lesie nie znalazłam naszego oddziału. Wróciłam do plebanii po północy z poczuciem nie spełnionego obowiązku. Ledwo ruszyłam furtką, ksiądz juz był na schodach. Biegł do mnie, przytulił i był ogromnie rad, że powróciłam cała i zdrowa. Okazało się, że zaraz po moim wyjściu przyszła wiadomość o zmianie miejsca postoju oddziału. Nie mogłam więc znaleźć tego, czego w określonym przez księdza miejscu nie było.

Któregoś dnia w pobliżu Dubicz pokazało się wojsko sowieckie. Rozłożyli się nad rzeką i zachowywali dość dziwnie, tak jak by nie chcieli, aby ich widziano. Postanowiłam iść do Poddubicz i powiadomić o tym kpt. „Bustromiaka”. Po drodze nie spotkałam nikogo, nikt mnie nie zatrzymywał. Przed wsią do której szłam, zatrzymała mnie nasza warta, składająca się z trzech partyzantów. Ponieważ nie znałam hasła, musiałam długo tłumaczyć się z konieczności spotkania się z dowódcą. Początkowo umieszczono mnie w chacie - „areszcie”, gdzie przetrzymywano podejrzanych przechodniów. Nadal jednak usilnie nalegałam na konieczność doprowadzenia mnie do kpt. „Bustromiaka”. Wreszcie wartownicy ustąpili i doprowadzili mnie do dowódcy. Spał w stodole, trzeba było go budzić. Przekazałam meldunek o wojsku sowieckim pod Dubiczami. Podziękował i kazał mi zostać przy oddziale.

O świcie prawie wszyscy wyszliśmy z Dubicz. Po długim marszu dotarliśmy do położonej wśród bagien wyspy. Zobaczyłam na niej żołnierzy z różnych oddziałów, stwierdziłam również, że znajduje się na niej partyzancka baza zaopatrzeniowa. Już od Poddubicz maszerowałam cały czas z Gienką Myszkówną. Na wyspie spotkałyśmy Kostka Kozińskiego, naszego kolegę z Lidy i zarazem przyjaciela Władka Śmilgina. Otoczony błotami skrawek ziemi miał być dla nas miejscem noclegu, dostałyśmy więc z Gienką mały namiot, a że było wilgotno i zim no - po kilka par wełnianych skarpet i po dwa koce. Nocowałyśmy w tym na miocie, ale nie spałyśmy, ani ona ani ja.

W Poddubiczach został „Bustromiak”, „Ostroga” i część żołnierzy, ale większość oddziału, łącznie ze skromnym taborem, była z nami. O świcie, po bezsennej nocy, usłyszeliśmy strzały, najpierw pojedyncze, a potem całe serie z automatów. Z wyspy nikt się nie ruszał. Około 10.00 dotarli do nas kpt. „Bustromiak”, rtm „Ostroga”, ranny żołnierz Sławek Hładki z Bohdanki i młody „Sowa” z odstrzelonym palcem. Okazało się, że pod Poddubiczami rozegrała się walka z wojskiem sowieckim i zginęło tam pięciu, może siedmiu chłopaków - między innym i nasz przyjaciel Władek Śmilgin (z „Wachlarza”). Przeżyliśmy tę śmierć ogromnie, a w szczególności Kostek Koziński.

Wieczorem kpt. „Bustromiak” z kilkoma ochotnikami poszli zobaczyć, co się stało z zabitymi. Naturalnie Kostek też poszedł. Okazało się, że nie było można do nich dojść, ciała ich były złożone na podwórku gospodarstwa i pilnowane przez dwóch sowieckich wartowników.

Z wyspy ruszyliśmy dalej wszyscy. Szedł z nami ranny Sławek. Dostał postrzał w plecy, wlot pocisku był zaznaczony małym otworem, wylot zaś był ogromny, duża darta rana, którą należało zeszyć lub założyć na nią klamry. Rzeczywistość jednak była inna, nie mieliśmy nawet bandaży. Kilka posiadanych trzeba było po każdym opatrunku prać, suszyć i znowu bandażować. Sławek szedł opierając się o mnie i o Gienkę. Rana była bolesna, ale nie słyszałyśmy ani jęku, ani skargi. Cierpiał w milczeniu, a my podziwiałyśmy jego wytrzymałość.

W tej wędrówce trzeba było przejść przez rzekę (chyba Pielasę), po przerzuconej, okrągłej sośnie. Dla mnie była to przeszkoda nie do pokonania. Pływać nie umiem, chodzić po belce bez trzymania się czegoś, też nie. W tej trudnej sytuacji ktoś mi pomógł i przeniósł „na barana”. Dziś wiem, że był to „Waldek” - Wiwa Niedźwiecki. Po długiej wędrówce dotarliśmy wczesnym rankiem do Surkont. Gienka, ja i ranni ulokowaliśmy się w stodole, gdzie zastaliśmy jeszcze jednego rannego - ale nie wiem z jakiego oddziału. W Surkontach zastaliśmy kilkudziesięciu żołnierzy, w tym kilkunastu moich kolegów z gimnazjum.

Rano zauważyłam, że niedaleko od naszej stodoły, tuż koło domu mieszkalnego, siedział mjr „Kotwicz” i trzymając kubek między kolanami kręcił kogiel-mogiel. Równocześnie rozmawiał z p. Krysią [pseud. „Zosia”] - nie znałam jej - mówiono, że była szyfrantką albo łączniczką. Więcej jej w tym dniu nie widziałam. Prosiłam kpt. „Bustromiaka” o możliwość skontaktowania się z lekarzem, jak tylko będzie to możliwe. Obiecał, że dowie się, czy da się to załatwić. Po pewnym czasie przyszedł i powiedział, że około południa przyjedzie lekarz. W tym samym czasie zameldował się u nas Staszek Dźwinel i zaproponował pójście z grupą kolegów do pobliskiej Pielasy, bo tam przebywała u swojego wujka księdza nasza szkolna koleżanka Irka Krukowska. Ustaliliśmy, że pójdziemy, jak tylko przybędzie lekarz i obejrzy rannych. Ponieważ wizyta lekarza odbyła się niebawem, a stan rannych określił jako niegroźny, mieliśmy zaraz iść do Pielasy. Było jednak już za późno, bo zaczęła się zupełnie niespodziewanie ostra strzelanina.

Wojska sowieckie okrążyły wieś z trzech stron i rozpoczęły ostrzeliwanie naszego miejsca postoju. Walka trwała od 13.00 [sic - od 14.00 -?] do 20.00. Dziś wiele osób pyta mnie o, czy w czasie bitwy była dwugodzinna przerwa [sic - chyba jednak znacznie krótsza], tak bowiem podał do wiadomości dowództwa w Warszawie kpt. „Warta”. Nie wiedziałam, i do dziś nie wiem, czy była taka przerwa, bo ciągle byłam zajęta swoimi pielęgniarskimi sprawami. Mieliśmy ciężko rannego, a ponieważ nie wiedzieliśmy, czy będziemy się wycofywać, czy zostajemy na miejscu, musieliśmy rannego ułożyć na łóżku, rozebrać, znaleźć bieliznę i ustawić na taborecie obok niego wodę i chleb. Miejscowi mieszkańcy pochowali się, tak więc nie mając żadnej pomocy ja i Gienka ciągle czegoś musiałyśmy szukać i o kogoś zadbać.

Po chwili zobaczyłam kpt. „Bustromiaka”, miał na twarzy krew. Zatrzymałam go i chciałam założyć opatrunek. Ranienie było lekkie, kula musnęła mu skroń i głęboko przypiekła skórę. Jak mało brakowało do tragedii. Opatrunek zrobiłam mu dosłownie w biegu. W tej sytuacji nie miałyśmy czasu, a cała walka odbywała się jakby obok nas, to znaczy Gienki i mnie.

Po jakimś czasie otrzymałyśmy rozkaz przejścia do pobliskiej olszynki. Zebrało się nas tam kilkunastu żołnierzy, Kpt. „Bustromiak” chciał wiedzieć, co się dzieje z mjr „Kotwiczem” i rtm „Ostrogą”, gdyż oni byli razem. Zapytał więc, kto pójdzie na górkę porośniętą owsem, na której miał swoje stanowisko obronne „Kotwicz” z grupą żołnierzy - i sprawdzi ich położenie. Bez namysłu zgłosiłam się. Kapitan początkowo nie chciał się zgodzić, ale nalegałam, że nie mam broni, a więc i tak w walce jestem niepotrzebna. Wreszcie zgodził się i kazał, aby po dojściu do stanowiska mjr „Kotwicza” zasygnalizować chusteczką ich położenie, czy są żywi i czy w ogóle tam są. Nikt z nas nie miał chusteczki, dostałam więc od któregoś z chłopaków brudną szmatkę. Chwyciłam ją i pobiegłam w kierunku owsa. Strzelano do mnie, a ja ani przez chwilę nie myślałam, że mnie trafią. Dopadłam wreszcie do skraju pola porośniętego zbożem. Był tam żołnierz (później ustaliłam, że był to sierż. „Walas”), który krzyczał, abym natychmiast uciekła. Powiedziałam o co mi chodzi, a on mi [od]powiedział, że już dawno zarówno mjr „Kotwicz” jak i rtm „Ostroga” nie żyją. W tym „gnieździe” wszyscy zginęli: Kalecińscy, Kleidienst i inni. Dałam znak kapitanowi, że nie żyją, i widziałam jak „Bustromiak” z gromadką żołnierzy - tych z olszynki, których naliczyłam trzynastu - z karabinami trzymanymi przez pół, po partyzancku, pochyleni poszli w stronę łubinu, jedynej wolnej przestrzeni. Szli, a nie biegli. Przeszli przez łąkę, nikogo nie trafiono mimo, że sowieci strzelali cały czas. Wreszcie weszli do łubinu i zniknęli. Wtedy i ja wyskoczyłam i biegłam w ich stronę. Biegłam, padałam i znów biegłam, a obok mnie biegła Gienka. Przed nami biegł kpt. „Hatrak”. Raptem kapitan upadł, a tuż przy nim, za mną Gienka. Leżąc zobaczyłam, że kapitan jest ranny, krew z ręki tryskała do góry - krwotok z arterii. Podpełzłam do niego, a on nie chciał, żebym go opatrywała, tylko żebym szybko uciekała. Zerwałam z jego pistoletu skórzany pasek i owinąwszy rękę kapitana zatrzymałam krwotok. Wiem, że w tej sytuacji powinnam zanotować godzinę założenia opaski, ale nie było ani czym, ani na czym zanotować. Ranny kpt. „Hatrak” ciągle nakazywał, abym uciekała. Powiedziałam, że czekam na Gienkę, ale Gienka już nie żyła.

Biegłam dalej, tym razem obok mnie biegł młodziutki „Sowa” (Bohdan Karpowicz). W pewnym miejscu przeciął nam drogę rów melioracyjny z błotem na dnie. „Sowa” przeskoczył i padł zabity na przeciwległym brzegu rowu. Ja też skoczyłam, ale wpadłam w błoto i ugrzęzłam. Doskoczyli do mnie sowieci. Zadźgaliby mnie bagnetami, ale oficer sowiecki zasłaniając mnie sobą nieustępliwie krzyczał, że nie wolno (nielzia).

Wyciągnęli mnie z błota, dali do rąk dwie skrzynki z taśmami nabojów, były bardzo ciężkie. Mnie wydawało się, że moje ręce wyciągnęły się aż do ziemi. Stodoła, w której byli nasi ranni, paliła się. Co z rannymi? Prowadząc mnie przez łąkę w kierunku palącej się stodoły, zatrzymywali się przy każdym rannym i zabitym i wszystkich dźgali bagnetami z furią, z wściekłością, ze straszliwą nienawiścią, krzycząc i klnąc. Podeszli do kapitana „Hatraka”. Z przewiązaną przeze mnie ręką leżał przytomny i patrzył na mnie z ogromnym współczuciem - czułam to, widziałam w jego oczach. Mógł przecież żyć, to była tylko ręka, ale zamordowali go tak jak innych rannych bagnetami.

Prowadzili mnie po tym placu boju, po łące śmierci i męki. Milczałam, nie krzyczałam, nie zemdlałam, nie zwariowałam - żyłam? A jednak to co wtedy widziałam i przeżywałam, było ponad moje siły, bo to nadal siedzi we mnie, w mojej pamięci, bolące i ciągle święte. Był czas, że przestałam się modlić, bo „i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy” nie dla mnie było, nie odpuszczałam, nie mogłam! Zawsze obiecuje sobie, że już nigdy więcej nie będę o tym mówić i zawsze ktoś mnie jeszcze namówi, a ja potem miesiącami nie mogę zasnąć.

Zabrali ode mnie skrzynie z amunicją, a związali do tyłu ręce żołnierskim parcianym paskiem, barbarzyńsko, z nienawiścią. Bolały okropnie ramiona, zdawało mi się, że nie wytrzymam. Posadzono mi w jakimś dołku, do którego po jakimś czasie przyprowadzono mężczyznę ubranego po chłopsku. Poznałam go, był to oficer - partyzant. Poprosiłam go, żeby usiadł do mnie plecami, żebym mogła oprzeć się o niego - miał ręce związane z przodu sznurkiem. Nie pomógł mi, odsunął się jak najdalej. Całą noc pilnowało nas dwóch żołnierzy.

Na drugi dzień raniutko rozwiązali mi ręce (co za ulga) i przyprowadzili na skraj łąki. Wszyscy zabici leżeli w jednym rzędzie, twarzą do ziemi. Kazali mi pokazać, który z nich jest majorem „Kotwiczem”. Nie pokazałam, bo twierdziłam, że znalazłam się tu przypadkiem, że byłam uciekinierką z miasta i że nikogo tu nie znałam. A dlaczego biegłam? Bo wszyscy biegli. Przecież wtedy mnóstwo ludzi z miasta mieszkało po stodołach i w wiejskich chatach. Nie wiem czy zrozumieli, czy uwierzyli, ale już nie żądali pokazania „Kotwicza”.

Będąc na skraju łąki jeden z żołnierzy sowieckich zauważył wytarty z rosy ślad na trawie, szeroki, wyraźny ślad skierowany do pobliskiej kopy siana. Poszli do kopy i wyciągnęli stamtąd Cześka Marszałka - Nowogródczanina, żołnierza VIII batalionu „Bohdanka”. Był ciężko ranny. Jeden ze starszyzn [sowieckiej] pokazał ruchem palca jak Neron, że należy go zadźgać. Wtedy zaczęłam przeraźliwie krzyczeć! Krzyczałam i nie mogłam przestać, krzyczałam z całej siły - nieludzko. Nie zabili go, nie zadźgali. Wzięli na koc i zanieśli do miejsca mojego postoju.

- Będąc już w obozie na Syberii, jedna z rodaczek, która siedziała w więzieniu w Lidzie, opowiedziała mi, że Czesiek leżał w szpitalu więziennym. Żył chyba jeszcze pół roku. Ale na pewno tego nie wiem.

Władowano nas na ciężarówkę. Czesiek bardzo cierpiał i nie mógł wdrapać się na wysoką skrzynię samochodu. Prosiłam tego oficera z dołka, aby mnie pomógł we wciąganiu Cześka na ciężarówkę, nie mieliśmy już związanych rąk, ale on nie zrobił tego. Musiałam więc sama najpierw pomału popychać go, a potem już na ciężarówce ostrożnie podciągnąć, aby mu nogi nie zwisały ze skrzyni. Wiedziałam, że cierpienie Cześka było ogromne, ale starał się nie jęczeć. Był bardzo dzielny.

Przywieźli nas do Radunia na posterunek milicji. I tu znów ogromne przeżycie: za biurkiem siedział komendant - Żyd z Nowogródka - który znał Cześka i całą jego rodzinę. Doskoczył do Cześka i z całej siły kopnął [go], krzycząc i wyzywając po polsku. Ja też krzyczałam i zasłaniałam leżącego rannego. Na to wszedł oficer, podobno generał (miał granatowe spodnie z czerwonym lam pasem), starszy wiekiem, gruby, średniego wzrostu. Wyrzucił komendanta milicji i polecił wezwać lekarza i opatrzyć rannego. Mnie zaprowadził do pokoiku obok, gdzie było z nim jeszcze dwóch żołnierzy czy oficerów sowieckich. Dali mik do przeczytania dokumenty - kenkarty niemieckie, domyśliłam się, że znalezione przy zabitych. Wszystkie te dokumenty były bez zdjęć, „lewe”, niczego nie mówiły o żadnym z zabitych. Okazało się, że równocześnie sprawdzano moją prawdomówność, bo na końcu przesłuchania ten gruby oficer spytał jednego ze swoich pomocników, czy mówiłam prawdę. Kiwnął głową, że tak.

Po przesłuchaniu wsadzono mnie do chlewa. Na nawóz wrzucono trochę czystej słomy, tu także przyniesiono Cześka. Po paru godzinach przyprowadzono p[anią] Krysię, szyfrantkę czy też łączniczkę majora „Kotwicza”. Chciałam zapytać, gdzie ją złapano - nie pozwoliła rozmawiać ze sobą. Czesiek leżał obok, drzemał, miał wysoką gorączkę.

Pod wieczór zabrano mnie stamtąd, wsadzono do gazika, zarzucono na głowę jakąś gazę i przywieziono wieczorem do Lidy. Podobno w nocy nasi odbili p. Krysię, ale nie wiem tego na pewno. A dokąd i kiedy zabrano Cześka, też nie wiedziałam. O jego dalszym, tragicznym losie dowiedziałam się już po powrocie z syberyjskiej katorgi.

Po wielu latach, a właściwie po dziesięciu, gdy już miałam odsiedziany wyrok i byłam na zesłaniu w Krasnojarsku, będąc u Polki z Łotwy - Miki, poznałam Polaka - Stanisława Siwca. Przez dłuższy czas badawczo przyglądał mi się i w końcu zapytał, czy znam miejscowość Poddubicze? Okazało się, że był to ten dowódca warty, który nie chciał mnie dopuścić do kpt. „Bustromiaka” dla przekazania meldunku o stacjonowaniu niedaleko Dubicz sowieckiego oddziału. I tu, w Krasnojarsku, przeprosił mnie za to. Czyż świat nie jest mały? Czy ktoś z nas wie, jaka jest granica naszej wytrzymałości, zarówno fizycznej jak i psychicznej? Oby nie trzeba było nikomu tego sprawdzać! Ja wiem.

logo image

STOWARZYSZENIE ŁAGIERNIKÓW ŻOŁNIERZY ARMII KRAJOWEJ

Drop us a message

You're in the right place! Just drop us a message. How can we help?

Or see contact page
Validation error occured. Please enter the fields and submit it again.
Thank You ! Your email has been delivered.