POLSKIE TERMOPILE – SURKONTY 1944

Bitwa żołnierzy Armii Krajowej z sowieckim NKWD pod Surkontami 21 sierpnia 1944 r.

Po aresztowaniu przez sowieckie służby specjalne ppłk Aleksandra Krzyża-nowskiego „generała Wilka” i kadry Okręgów Wilno i Nowogródek oraz rozbrojeniu części oddziałów AK skoncentrowanych pod Wilnem w dniu 17 lipca 1944 r., jed-nostki polskie znajdujące bliżej Puszczy Rudnickiej zdołały przsunąć się do tego masywu leśnego. W ciągu dwóch kolejnych dni odbyły się tam dramatyczne narady dowodców, jak postąpić dalej w zaistniałej sytuacji. Major (cichociemny) Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”, twórca koncepcji operacji „Ostra Brama”, opowiadający się za podjęciem zbrojnego oporu wobec sowieckiej przemocy, nie zdołał przekonać do tego planu większości zebranych oficerów. Partyzanckie brygady i bataliony zostały rozwiązane i część żołnierzy AK poszła w zwartych oddziałach do wyznaczonego przez Rosjan punkt zbornego we wsi Gudełki, gdzie złożyła broń. Po rozbrojeniu zostali uwięzieni w obozie w Miednikach. Z około 12 tys. żołnierzy AK skoncentrowanych pod Wilnem sowietom udało się rozbroić ponad połowę. Z Miednik, po nieudanych próbach wcielenia akowców do kolaboranckiej armii Berlinga, wywieziono ich do Kaługi.

Wprawdzie Komenda Główna AK poleciła dowództwu Okręgu Wileńskiego przerwać współpracę z sowietami, zaś żołnierzy z Puszczy Rudnickiej przesunąć na zachód, w rejon Puszczy Augustowskiej bądź Białegostoku, zalecając, by przesunię-cie oddziałów odbyło się bez walki, to jednak decyzja ta była spóźniona i nieaktualna. Marsz na zachód podjęły jedynie samorzutnie małe, kilkudziesięcioosobowe grupki akowców, zaś inne po wymknięciu się z Puszczy Rudnickiej wracały na swe macierzyste tereny, ale ruchy te zostały na ogół okupione kolejnymi stratami. Większość grupek idących na zachód została zlokalizowana i rozbrojona przez sowietów. Te, które powróciły na swe tereny, przeważnie rozformowywano. Przy majorze Macieju Kalenkiewiczu „Kotwiczu” pozostało na przełomie drugiej i trzeciej dekady lipca 1944 r. kilkuset żołnierzy oraz grupa związanych z nim oficerów. Mimo, iż ludzie ci zdecydowani byli na kontynuowanie walki w nowych warunkach, „Kotwicz” przez kolejne dni prowadził stałą demobilizację skupionych wokół siebie sił, gdyż zdawał sobie sprawę, że tak duże zgrupowanie nie ma szans na przetrwanie. Pomimo złego stanu zdrowia (miał niedawno amputowaną prawą rękę), w ogóle nie brał pod uwagę przejścia z par-tyzantki do konspiracji, czemu trudno się dziwić, bowiem enkawudyści znali jego charakterystyczny rysopis – był przez nich określany jako bezruki major.

Ze stale zmniejszającym się oddziałem ppłk „Kotwicz” przesunął się po 20 lipca w rejon jeziora Kiernowo, w południowo-wschodniej części Puszczy Rudnickiej. Tu dokonał dalszej demobilizacji oddziałów, co nie uchroniło go jednak przed atakiem sowieckiego lotnictwa. Wkrótce potem wydzielony przez „Kotwicza” pododdział, dowodzony przez ppor. Stanisława Szabunię „Licho”, w udanej zasadzce rozbił sowiecką grupę operacyjną przeczesującą las (sowieci stracili 15-20 ludzi). Kolejne starcie było już mniej fortunne – część żołnierzy uległa rozproszeniu.

Nocą 23/24 lipca 1944 r. „Kotwicz” z oddziałem, który stopniał do około stu kilkudziesięciu żołnierzy, przesunął się w lasy Puszczy Ruskiej. Z tego zespołu naj-dzielniejszych podkomendnych sformował oddział w sile mocnej kompanii o kryptonimie „Puszcza”, którego dowództwo powierzył kpt. Bolesławowi Wasilewskiemu „Bustromiakowi” (do czerwca 1944 r. szefowi wywiadu Komendy Okręgu AK Nowogrodek, a następnie dowódcy V batalionu 77 pp AK). Utrzymywał też kontakt z oddziałami partyzanckimi Okręgu Wileńskiego – dowodzonymi przez por. cc Adama Boryczkę „Tońka” (krypt. „Solcza”) i kpt. Edmunda Banasikowskiego „Jeża” (krypt. „Wisińcza”), operującymi w tym samym rejonie. Oddział krypt. „Puszcza” składał się z akowców służących wcześniej w różnych oddziałach nowogródzkich. Ponad połowę jego składu osobowego stanowili partyzanci V batalionu 77 pp AK, była też duża grupa akowców z Lidy (w większości absolwentów i uczniów lidzkich szkół średnich), a także grupki żołnierzy VIII batalionu 77 pp AK – słynnej „Bohdanki” i III batalionu 77 pp AK (UBK).

5 sierpnia 1944 r. kpt. Stanisław Sędziak „Warta” przekazał „Kotwiczowi” dowództwo Okręgu AK Nowogródek. Ponieważ „Kotwicz” stale przebywał przy oddziale lub na kwaterach w jego pobliżu, ciężar pracy organizacyjnej polegającej na docieraniu do struktur konspiracyjnych, odtwarzaniu ich i kierowaniu nimi i tak spadł na „Wartę”. Przeszedł on okresowo w rejon Lidy, gdzie funkcjonując „na nielegalnej stopie” przystąpił do intensywnej działalności konspiracyjnej. W pierwszym rzędzie uruchomił działalność Oddziału V Komendy Okręgu, realizowaną przez odtworzony pluton łączności radiowej. Tak charakteryzował ten etap działalności „Kotwicza” jeden z jego ówczesnych współpracowników - ppor. Stanisław Szabunia „Licho” w relacji złożonej w 1946 r. na Zachodzie, po udanej ucieczce z sowieckiego transportu do łagrów i wydostaniu się z terenów okupowanych przez Związek Sowiecki:

19 VII [1944] mjr „Kotwicz” rozwiązuje i rozpuszcza resztę oddziałów. Z pozostałych ochotników organizuje kadrowy baon pod d[owódz]twem kpt. „Bustromiaka”. Stan około 200 ludzi i 50 koni (!). Więcej niż połowę stanu stanowią żołnierze z komp[anii] „Solcza”. 20 km na zachód od jez[iora] Kier-nowo mają miejsce dwie poważne walki. Pierwsza w godzinach rannych – zakończona zwycięskim przeciwuderzeniem bez własnych strat. Druga [zakończona] wycofaniem się i rozproszeniem części oddziału (tych przylepionych). Niewykorzystanie tego doświadczenia zemściło się za miesiąc śmiercią mjr „Kotwicza” i 34 ludzi. Po odskoku i zebraniu sie na Długiej Wyspie mjr „Kotwicz” przyspiesza decyzję przerwania sie do Puszczy Ruskiej (lasy nackie). Jest koncepcja (kpt. „Bustromiaka”) utworzenia tam stałej bazy partyzanckiej. Wobec konieczności nowej taktyki wychodzimy z puszczy w mniejszych grupkach. Wyprowadzam oddział 80 ludzi (21/22 VII [1944 r.]). Po przejściu na południe od Solczy wydzielam połowę z niego pod d[owódz]twem pchor. „Gaja”, który przechodzi pod rozkazy por. „Krysi”. Były to dni dowódców bez żołnierzy – lub odwrotnie. […]. Placówki nasze – jak gdyby oddziały rezerw[owe] – zachowały wystarczającą dyspozycyjność aż po lato 1945. Gdyby było celowe, istnienie czynnej partyzantki, było jeszcze możliwe i przez następny rok. Mjr „Kotwicz” energicznie organizuje i podnosi do walki teren w swoim zasięgu. W jego wytycznych i zarządzeniach było: sabotaż administracji sowieckiej, poboru do wojska, doprowadzenie do położenia i stanu [organizacyjnego] sprzed 2-ch miesięcy. Zdążył on powiązać konspiracyjnie cały okręg „Nowiu”. A zagrał [sic – ogarnął] właściwie pow[iat] Lida i część Szczuczyńskiego. Powiaty Lida i Szczuczyn tworzyły plamę najmocniejszą etnograficznie i były najbardziej przepracowane organi-zacyjnie przez AK za czasów okupacji niemieckiej. W latach 1943-1944 przysięgę składały całe wioski, na placówkach pracowali [wszyscy] od pastuszka do właściciela młyna […].

W pierwszych dniach sierpnia 1944 r. „Kotwicz” zwołał w leśniczówce Staje w Puszczy Ruskiej pierwszą odprawę dla kadry Okręgu Nowogródek. Zgromadziła ona kilkunastu oficerów z kpt. „Wartą” na czele (wśród których nie było jednak oczekiwanych por. „Krysi” i ppor. „Ragnera”). Omawiano na niej zadania dla Okręgu Nowogródek w warunkach ponownej okupacji sowieckiej. W ujęciu zaprezentowanym przez „Kotwicza” sprowadzały się one do przetrwania polskiej organizacji na Kresach do czasu zakończenia wojny, przy ograniczonej działałności i ewentualnej samoobronie przed terrorem NKWD, podejmowanej w szczególnie uzasadnionych przypadkach. „Kotwicz” uważał, że sprawa polskich Kresów zostanie rozstrzygnięta na konferencji pokojowej i w związku z tym przekonany był o potrzebie i celowości utrzymania w lasach kadrowych oddziałów partyzanckich świadczących o polskim trwaniu na tym obszarze i podtrzymujących morale ludności. Spodziewał się referendum, które wypadłoby korzystnie dla strony polskiej. Zaproponował przygotowanie memoriału w języku angielskim, przeznaczonego dla naszych brytyjskich i amerykańskich sojuszników. Sądził, że uda się ściągnąc pod Wilno aliancką komisję. Nie podejrzewał nawet, że nasi Alianci nie zamierzali pytać chrześcijańskich mieszkańców tych terenów, czy chcą znaleźć się w „kraju bez Boga” czy pozostać w Polsce - przyszłość ziem polskich została przesądzona podczas konferencji sowiecko-amerykańsko-brytyjskiej w Teheranie. Brytyjski premier Winston Churchil zabronił nawet publikowania informacji prasowych o wydarzeniach pod Wilnem. Podczas wspomnianej odprawy „Kotwicz” omówił też z szefem BIP Czesła-wem Zgorzelskim „Zbigniewem” zadania dla pionu informacyjno-propagandowego Okręgu, określając je przy tym jako pierwszoplanowe.

Następnie przeszedł do wioski Skirejki położonej na wschód od Puszczy Ru-skiej. Miejscowość ta na mniej więcej dwa tygodnie stała się jego główną bazą. Jedy-nie nocą z 13 na 14 sierpnia 1944 r. zagrożony sowiecką obławą przeszedł na krótko do Surkont, gdzie zatrzymał się na kilka dni. 18 sierpnia 1944 r. został awansowany do stopnia podpułkownika, jednak ta wiadomość nigdy do niego nie dotarła – zginął w cztery dni później. Większość sił oddziału podległego „Kotwiczowi” znajdowała się w tym czasie pod dowództwem kpt. „Bustromiaka” w lasach Puszczy Ruskiej w rejonie osady Dubicze. Część tego oddziału okresowo kwaterowała w Poddubiczach, zaś część na wyspie wśród bagien w lasach, kilka kilometrów od Poddubicz. Tu ulokowana została również baza zaopatrzeniowa oddziału. Kolejna odprawa została zwołana dzień lub dwa dni po wspomnianej pierwszej naradzie, właśnie w Skirejkach. „Kotwicz”, ochraniany przez nieduży oddział osłonowy, spotkał się z kpt. Bolesławem Wasilewskim „Bustromiakiem”, kpt. Stanisławem Sędziakiem „Wartą”, por. Janem Borysewiczem„Krysią”, Czesławem Zgorzelskim „Zbigniewem” i paroma innymi oficerami. Odprawa poświęcona była uporządkowaniu dalszej pracy konspiracyjnej, dalece zdezorganizowanej katastrofą wileńską i aresztowaniami NKWD. Przede wszystkim dokonał podziału terenu dawnego Ośrodka Lida na dwie niezależne struktury organizacyjne, zwane zgrupowaniami („Północ” – dowodzone przez por. Jana Borysewicza „Krysię” i „Południe” – dowodzone przez ppor. Czesława Zajączkowskiego „Ragnera”, któremu podporządkowano też organizację AK w Lidzie i pow. nowogródzkim). Wyznaczył oficerów mających kierować dalszą pracą w powiatach na południowym brzegu Niemna (inspektor kpt. Mieczysław Ostrowski „Kartacz” i jego zastępca por. Jan Woźniak „Michał”), w ośrodkach Szczuczyn (chor. Wacław Ługowski „Burza) i Jwije-Juraciszki (ppor. Stanisław Trzeciakiewicz „Set”, „Orkan”, „Zagon”).

Jedną z najpoważniejszych decyzji podjętych przez „Kotwicza” było utrzymanie podległości Okręgu Nowogródek (oznaczonego obecnie kryptonimem „Grzyb”) wobec Komendy Okręgu AK Wilno. 16 sierpnia 1944 r. w depeszy do KG AK „Kotwicz” informował: „«Nów» jest podporządkowany «Wianu»”. Ten model organizacyjny utrzymał się do końca działalności Komendy Okręgu AK Nowogródek w lecie 1945 r. Komendant Główny AK pozytywnie ocenił decyzję „Kotwicza”. W depeszy z 17 VIII 1944 r. gen. Tadeusz Komorowski „Bór” zwracał się do Komendy Okręgu Wilno i „Kotwicza”: „Wyrażam wam swoje uznanie za ujęcie kierownictwa «Nowiu»”. I dalej: „4/ W związku z ogólną sytuacją rozkazuję: Przejść do walki podziemnej, sabotować pobór do Armii Berlinga i sow[ieckiej]. Wstrzymać się od wystąpienia zbrojnego przeciw sow[ietom]. Wszelkie wasze decyzje natury zasadniczej wymagają mojego zatwierdzenia. Nie myślcie o przysłaniu Komisji Alianckiej”.

Sytuacja w terenie była ciężka. Choć znaczna część ludności nadal wykazywała wspaniałą postawę oraz gotowość do dalszych ofiar, to panowało ogólne przygnębienie. Szeregi organizacji topniały w wyniku aresztowań oraz poboru do Armii Czerwonej, a także samowolnego porzucania pełnionych funkcji. Teren nasycony był olbrzymią ilością wojska sowieckiego. Wszędzie, nawet w niewielkich miejscowościach, stały załogi WW NKWD i Armii Czerwonej, wspierane przez milicję i podlegające NKWD istriebitielnyje bataliony (bataliony niszczycielskie), złożone z byłych sowieckich partyzantów i miejscowych komunistów świetnie znających teren i lokalne stosunki.

19 sierpnia 1944 r. sowieci przeprowadzili akcję przeciwko oddziałom kpt. „Bustromiaka” i kpt. „Jeża”, kwaterującym na skraju Puszczy Ruskiej w pobliżu Du-bicz. Do akcji przeznaczono siły wydzielone z 265 pułku strzeleckiego NKWD i 32 zmechanizowanego pułku strzeleckiego NKWD. Grupa operacyjna WW NKWD do-wodzona przez mjr. Kurdiukowa (z przydzielonymi pracownikami operacyjnymi Ra-duńskiego RO NKWD Czikinem oraz NKGB Białoruskiej SRS mjr. bezpieczeństwa państwowego Mindlinem i ppłk. Jefimowem) okrążyła i zaatakowała część oddziału kpt. „Bustromiaka”, kwaterującą w wiosce Poddubicze. W dwugodzinnej walce partyzanci, wykorzystując zapadającą mgłę, zdołali przebić się ze stratą 8 poległych i 4 rannych (nazwiska i pseudonimy tych partyzantów wymieniamy w liście poległych podanej poniżej). Wiadomo też, że żołnierze rosyjscy zamordowali także co najmniej 2 cywilnych mieszkańców wsi. Kilku rannych zdołało wycofać się z oddzialem – m.in. pchor. Edward Cała „Norski”, kpr. Jarosław Hładki „Skok” i Konstanty Koziński. Według źródeł sowieckich straty polskie miały rzekomo wynosić 41 zabitych i 7 jeńców. Dane te należy jednak uznać za wybitnie zawyżone. Mogą odnosić się one głównie do strat ludności cywilnej represjonowanej podczas tej sowieckiej operacji. Ilość broni zdobytej przez NKWD w Poddubiczach wskazuje, iż bardziej prawdopodobne są dane polskie (sowieci zdobyli 3 rkm, 5 pm, 2 kb, 4 rewolwery).

Jednocześnie jednostki NKWD uderzyły na wileński oddział kpt. „Jeża” stojący we wsi Borowe, który przebił się, tracąc kilku zabitych i zaginionych. Podczas operacji w dniu 19 sierpnia 1944 r. sowieci stracili 12 zabitych i 6 rannych oraz jednego jeńca, którego jednak akowcy puścili po kilku godzinach wolno. „Kotwicz” zarządził dwie kolejne odprawy dla kadry Okręgu Nowogródek. Być może trzeba traktować to spotkanie jako jedną naradę przeprowadzoną w dwóch etapach. Obie miały odbyć się w Skirejkach w niedzielę 20 sierpnia 1944 r. Pierwsza miała być poświęcona analizie operacji „Ostra Brama”, druga - przewidziana na następny dzień - sprawom organizacyjnym, m.in. kwestiom zaopatrzenia. Jednak gdy do Skirejek dotarła informacja o sowieckiej operacji przeciwpartyzanckiej w rejonie Dubicz, wieczorem 19 sierpnia 1944 r. kadra wraz z „Kotwiczem” wyruszyła z leśniczówki pod Skirejkami w kierunku Surkont. Po drodze, w jakimś pojedynczym gospodarstwie napotkano oddział przyprowadzony przez „Bustromiaka”. Tam też odbyła się pierwsza część odprawy. Brali w niej udział m.in. wezwani przez „Kotwicza” chor. Wacław Ługowski „Burza” (komendant Ośrodka Szczuczyn) i szef szczuczyńskiej WSOP Józef Małek „Borys”. Oczekiwany dowódca Zgrupowania „Południe” - ppor. „Ragner” - nie dotarł na czas we wskazane miejsce. Pchor. „Orwid” zaprezentował zebranym referat „Kotwicza” zatytułowany „Wyprawa wileńska i kryzys rudnicki”, w którym major wyraził pogląd, iż uchylenie się od walki z sowietami w Puszczy Rudnickiej było błędem i że należało przy użyciu zgromadzonych tam sił stoczyć desperacką walkę z sowietami, uzmysławiającą wolnemu światu przemoc bolszewicką w stosunku do polskich Kresów.

Rankiem następnego dnia (poniedziałek 21 sierpnia 1944 r.) uczestnicy odprawy wraz z grupą osłonową przeszli do Surkont, gdzie zatrzymano się na postój dzienny, a kadra kontynuowała odprawę poświęconą sprawom organizacyjnym. Po jej zakończeniu niektórzy uczestnicy, jak np. Józef Małek „Borys” odeszli ze wsi, inni – jak Wacław Ługowski „Burza” pozostali jeszcze chwilowo przy oddziale. Całość polskich sił, licząca teraz około 70-80 żołnierzy podzielona była na 4 niepełne plutony. Wioska Surkonty, a raczej okolica drobnoszlachecka, składała się z 24 gospo-darstw zamieszkałych przez 110 mieszkańcow – Polaków wyznania rzymskokatolic-kiego (dane z lat dwudziestych). Ludność była tu nastawiona patriotycznie, część mężczyzn należała do konspiracji AK. W niewielkiej odległości na północ od Surkont znajdowala się duża, kościelna wieś Pielasa, zamieszkała przez ludność litewską, niezbyt życzliwie nastawioną do sprawy polskiej. Zabudowania Surkont zlokalizowane były w trzech, nieco oddalonych od siebie grupach, położonych od strony północnej pomiędzy Pielasą i od strony południowej bagnem o dziwnej nazwie Kamienny Most, z którego wypływała rzeczka Przewoża. W środkowej części Kamiennego Mostu znajdowało się jedyne przejście przez Przewożę. Zabagniona dolina Kamiennego Mostu łączyła się na południowy-wschód od Surkont z rozległymi błotami ciągnącymi się od odległej o kilka kilometrów rzeki Dzitwy. Najdalej w kierunku południowym, w bezpośredniej bliskości błot nad Dzitwą, wysunięte było pojedyncze gospodarstwo (chutor) oddalone o około pół kilometra od większości zabudowań Surkont. Na północny zachód od drogi wiodącej z Radunia przez Pielasę do przejścia przez Kamienny Most i dalej do wioseczki Kurdzinki i folwarku Stara Pielasa - teren był zalesiony. Las oddzielony był jednak od drogi zakrzaczonymi błotami. Od wspomnianych miejscowości droga wiodła na południe ku Wasiliszkom, gdzie stacjonowały jednostki NKWD oraz podległych im istriebków, którymi dowodzil zdrajca – dezerter z AK, agent sowiecki – Wacław Alchimowicz.

Można podsumować, że miejsce, w których zakwaterował oddział, położone było na wielkiej otwartej polanie, częściowo otoczonej bagnami i błotami. Większe obszary zalesione były dość znacznie oddalone. Miejsce to było trudne do obrony, płaskie (z niewielkim tylko wzniesieniem terenowym – pagórkiem 148,6) oddzielone od zabudowań wsi dość głębokim, zabagnionym rowem melioracyjnym) i pozbawione osłon terenowych. Obok wspomnianego niewielkiego wyniesienia terenu zlokalizowany był stary cmentarzyk wiejski, na którym według zapamiętanej tradycji mieli być pochowani także powstańcy 1863 r.

„Kotwicz” ze swym sztabem i większością sił zatrzymał się w dwóch skupi-skach zabudowań położonych w północnej i centralnej części Surkont (tu też odbyła się wspomniana odprawa). Od Pielasy oddzielały je rozlegle pola obsiane m.in. ow-sem. W chutorze najbardziej wysuniętym na południe, w dość znacznej odległości od głównego oddziału, ulokowana została drużyna dowodzona przez ppor. Walentego Wasilewskiego „Jarego”, brata kpt. „Bustromiaka”, licząca 11 żołnierzy. Stanowiła ona ubezpieczenie od strony Kamiennego Mostu i błot ciągnących się od Dzitwy. Ubezpieczenia wystawiono także od strony północnej, tj. od Radunia. Na jednym z drzew na skraju wioski ulokowany został obserwator mający w zasięgu swojego wzroku dość rozległy teren.

Obecność tak dużej grupy partyzanckiej nie uszła uwagi agentów NKWD, którzy swymi donosami uruchomili siły sowieckie (później zastanawiano się, czy sowietów nie „przywlókł” za sobą tropiony przez nich oddział „Bustromiaka”). Wczesnym popołudniem 21 sierpnia 1944 r., około godz. 14.00 - według relacji kpt. Bolesława Wasilewskiego „Bustromiaka”, na drodze pomiędzy Kurdzinkiami (i mostkiem na Przewoży w rejonie Kamiennego Mostu) a Pielasą, pojawiła się sowiecka grupa operacyjna. Według relacji Eleonory Cichockiej-Kolendo - miało to miejsce godzinę wcześniej. W każdym razie było to już po partyzanckim obiedzie, zorganizowanym przez mieszkańców Surkont, składającym się ze zsiadłego mleka i kartofli. Żadna z relacji nie określa kierunku przybycia sowietów, wydaje się jednak, że nadjechali oni drogą wiodącą od strony Kamiennego Mostu (tj. od Wasiliszek) do Pielasy. Była to grupa operacyjna wydzielona z III batalionu 32 zmotoryzowanego strzeleckiego pułku WW NKWD i z sił Rejonowego Oddziału NKWD w Raduniu, dowodzona przez starszego lejtnanta Korniejkę i młodszego lejtnanta milicji Blieskina. Mogła ona liczyć około setki żołnierzy, choć niektórzy autorzy, np. dr Cezary Chlebowski, piszący o boju w Surkontach uważają, że była dwukrotnie większa. Bojcy uczestniczący w operacji byli to doświadczeni, świetnie wyszkoleni specjaliści od likwidowania partyzantki, mający na swoim koncie dziesiątki udanych akcji przeciwko antykomunistycznym strukturom oporowym (swego rodzaju specjaliści od „polowania na ludzi”). Zapewne wcześniej została wysłana spod Kurdzinków grupa z karabinem maszynowym, która idąc od Kamiennego Mostu zajęła stanowiska w lasku na wysokości chutoru, w którym ulokowała się drużyna ppor. „Jarego”. Tutaj też padły pierwsze strzały w początkowym etapie bitwy w Surkontach. Siły sowieckie przesuwające się drogą Kurdzinki-Pielasa rozwinęły się tak, że w efekcie dolina-polana wioski Surkonty została oskrzydlona przez nie z dwóch stron: od północy i północnego zachodu – i jednocześnie od południowego zachodu i południa. Sowieci zajmujący stanowiska od strony południowej (naprzeciwko chutoru ppor. „Jarego”) mieli dobre pole ostrzału na ewentualną drogę polskiego odwrotu, która w naturalny sposób wiodła ku błotom nad Dzitwą i dróżkom wiodącym do wioski Pieluńce, położonej na wschód od Surkont.

Na razie jednak, około 14.00, „Kotwicz” został powiadomiony o pojawieniu się bolszewików przez gońca, wysłanego z jednej z placówek ubezpieczających. Choć przybycie sowieckiej grupy operacyjnej zaskoczyło oddział AK, major szybko wydał rozkazy do obrony. Siły główne jego oddziału zajęły stanowiska wśród łąk i ugorów usytuowanych równolegle do drogi wiodącej z Pielasy ku przejściu przez bagno Kamiennego Mostu i dalej do Wasiliszek. Zajmowały odcinek około pięciuset metrów. Pierwsze strzały padły jednak, jak wspomniano, od strony południowo-zachodniej. Wydaje się, że sowieci, idący tyralierą od strony Kamiennego Mostu, zauważeni zbyt późno przez żołnierzy „Jarego” - zaskoczyli akowców. Chutor od razu znalazł się pod silnym ostrzałem, prowadzonym m.in. przez ciężki karabin maszynowy, dobrze usytuowany w lasku naprzeciw chutoru. Ppor. „Jary” zginął na samym początku walki, dostał serię z broni maszynowej gdy tylko wyskoczył z chałupy w niezapiętym jeszcze mundurze. Padł tak, że jego ciało oparło się o podmurówkę domu. Obok niego w chwilę potem zginął kolejny partyzant opuszczający budynek. Śmierć dowódcy zdezorganizowała polską obronę na tym odcinku. Partyzanci zaczęli się wycofywać, jednak jak się wydaje w większości nie na północ, do oddziału głównego „Kotwicza”, lecz ku bagnom nad Dzitwą. Na porośniętych lichymi krzaczkami błotach zostali dosłownie skoszeni ogniem karabinu maszynowego. Dwaj partyzanci z drużyny „Jarego”, pchor. Edward Cała „Norski” (ranny) i Janusz Borysewicz vel Wawerski „Janusz” - któremu zawdzięczamy opis zagłady jego placówki, twierdzili, że ocaleli tylko oni.

Przypomnijmy, że tymczasem na odcinku północnym i północno zachodnim było jeszcze cicho. Siły główne oddziału „Kotwicza” zajęły stanowiska rozciągające się równolegle do drogi z Pielasy wiodącej do jedynego mostku na Przewoży. Prze-bieg rozegranego tu pierwszego etapu walki znany jest m.in. dzięki wyjaśnieniom jakie Janowi Erdmanowi, autorowi pracy „Droga do Ostrej Bramy”, złożył kpt. Bolesław Wasilewski „Bustromiak”. „Kotwicz” z „Ostrogą” i „Orwidem” zajął stanowiska na prawym (północno-zachodnim skrzydle), zaś „Bustromiak” i „Hatrak” – na lewym (południowo-zachodnim). Sowieccy bojcy sprawnie rozwinęli się w tyralierę i rozpoczęli natarcie, skierowane na prawe polskie skrzydło, w kierunku na dwa skupiska zabudowań, w których kwaterował uprzednio polski oddział. Gdy sowieci spodziewający się oporu dopiero w zabudowaniach chutorów zbliżyli się do polskich stanowisk, na rozkaz „Kotwicza” otworzono do nich ogień. Strzelało m.in. sześć polskich karabinów maszynowych. Szczególnie celny okazał się ogień dwóch erkaemów drużyny sierż. Józefa Abrosowicza „Walasa” zajmującej pozycję na prawym skrzydle, blisko „Kotwicza”. Tyraliera sowiecka, zaskoczona i przygwożdżona polskim ostrzałem - zaległa. Okazało się, że bolszewicy ponieśli stosunkowo znaczne straty, oceniane przez partyzantów na co najmniej kilkunastu zabitych i drugie tyle rannych (relacje na temat wielkości strat są sprzeczne, kpt. „Bustromiak” mówił nawet o 30 zabitych). Wśród poległych byli obaj dowodzący operacją oficerowie. Po stronie polskiej straty były minimalne. Sowieci wycofali się na pozycje wyjściowe i następnie przesunęli się drogą w kierunku Kamiennego Mostu. Zapewne zamierzali tam właśnie zablokować spodziewany polski odwrót, bo przecież wiedzieli, że już wkrótce przybędą posiłki wezwane z Radunia, które wznowią atak od północy i północnego-zachodu. Wydaje się, że ta część sowieckiej grupy operacyjnej, która na odcinku południowym zniszczyła drużynę „Jarego”, także cofnęła się ku Kamiennemu Mostowi. W każdym razie pomimo odniesienia niewątpliwego sukcesu - nie kontynuowała ona natarcia na Surkonty – a przecież taki atak okrążający od skrzydła polskie stanowiska mógł przesądzić o sowieckim sukcesie już w tym etapie boju! Może grupa ta była słabsza niż oceniali to ocalali podkomendni „Jarego” i nie była zdolna do takiej samodzielnej akcji? Tak za-kończył się trwający około dwóch godzin, pierwszy etap walki w Surkontach, zwycięski dla strony polskiej.

Po odparciu ataku i wycofaniu się sowieckiej grupy operacyjnej, mjr „Ko-twicz” - jak zapamiętano z pistoletem w ręku - zwołał szybką odprawę kadry oficer-skiej w gospodarstwie, w którym wcześniej zlokalizowane było jego miejsce postoju. Wiadomo, że przybyli na nią kpt. „Bustromiak” (lekko ranny, z zakrwawioną twarzą - szybko opatrzony przez sanitariuszkę „Teresę”), rtm „Ostroga” i kpt. „Hatrak”. „Bustromiak” opowiadał się za szybkim „odskoczeniem” z pola walki i wycofaniem się w kierunku doliny Dzitwy, gdzie trudno byłoby ich wytropić wśród rozległych błot pokrytych zaroślami. Była to jedyna racjonalna decyzja, jaką partyzanccy dowódcy mogli podjąć w zaistniałych warunkach. Jednak major „Kotwicz” nie zgodził się na odwrót. Stwierdził, że nie może zostawić rannych, że zaczeka do wieczora i dopiero wówczas wycofa się, zapewniając im należytą opiekę i warunki transportu. Jego zdanie poparli „Hatrak” i „Ostroga”, którzy choć byli cichociemnymi, mieli jednak zaledwie kilkutygodniowe doświadczenie partyzanckie.

Do dziś trwa spór, jak długo trwała przerwa w walce. Kpt. „Warta” oceniał ją w jednym ze swych meldunków na dwie godziny. Wydaje się jednak, że nie była tak długa - mogła trwać około pół godziny, może nieco więcej. Cóż, mimo wszystko był to czas pozwalający na zabranie rannych ze stosunkowo niewielkiego pola walki i odwrót. Tak się jednak nie stało, o pozostaniu na miejscu przesądziło zdanie dowód-cy. Major zgodził się jedynie, by kpt. „Bustromiak” zabrał rannych mogących poru-szać się o własnych siłach i odszedł wraz z nimi. Przerwa w walce była jednak tak krótka, że w rzeczywistości kpt. „Bustromiak” nie zdołał opuścić Surkont przed roz-poczęciem kolejnego sowieckiego ataku. Z niewielkiej olszyny położonej w połu-dniowej części wsi, gdzie ulokował się ze swą grupą, utrzymywał kontakt wzrokowy z miejscem dowodzenia „Kotwicza”. Z relacji Eleonory Cichockiej-Kolendo „Teresy” wynika, że odszedł ze skraju Surkont dopiero, gdy walka wygasała i dostał wiadomość, że „Kotwicz” już nie żyje!

Podczas wspomnianej, krótkiej przerwy w boju, „Kotwicz” spodziewając się powrotu sowietów, zreorganizował obronę, skracając linię polskich stanowisk. Drużynę sierż. „Walasa”, leżącą na prawym skrzydle, wycofał nieco do tyłu. Obecnie zajmowała ona stanowiska nieco na północ od starego, wiejskiego cmentarzyka. Na skraju lewego skrzydła ulokowany został erkaem braci Kalecińskich. Tak skrócona polska linia obrony wyginała się jak gdyby do tyłu, przybierając kształt worka czy też półksiężyca. Swój punkt dowodzenia zlokalizował w bliskości drużyny sierż. „Walasa”, na niewielkim wyniesieniu (148,6) nieco na południowy wschód od wspomnianego już cmentarzyka. Wraz z nim byli jego adiutant pchor. „Orwid” i rtm. „Ostroga”. Cześć ludzi (trzy drużyny?) zatrzymał jako odwód.

Dość szybko nastąpił ponowny atak oddziałów sowieckich. Około godz. 16.30 – 17.00 otrzymano sygnał o zbliżającej się od strony Pielasy, w wysokim tumanie pyłu, sowieckiej kolumnie samochodowej, znacznie większej niż ta pierwsza. Tym razem był to już cały batalion 32 zmotoryzowanego strzeleckiego pułku WW NKWD, wzmocniony siłami Rejonowego Oddziału NKWD w Raduniu. Bolszewicy musieli utrzymywać pomiędzy sobą łączność przy pomocy radiostacji polowych, bowiem zasygnalizowano także ich ruch od strony Kamiennego Mostu. Zdaniem Bolesława Wasilewskiego sowieckich ciężarówek było ze 30, a stosunek sił wynosił jak 10 do 1 – na niekorzyść strony polskiej. Uderzenie przeprowadzone zostało jednocześnie z dwóch kierunków, na lewym skrzydle od strony Kamiennego Mostu – i znacznie większymi siłami na prawym – od strony Pielasy. Po dość długiej i zaciętej walce szala zwycięstwa na prawym skrzydle zaczęła przeważać na stronę sowiecką. Na tym odcinku, wobec bardzo silnego nacisku przeciwnika i oskrzydlania polskich stanowisk, partyzanci zaczęli wycofywać się w kierunku południowym, opuszczając pozycję na wyniesieniu 148,6. Sowieci po zajęciu tego miejsca ustawili na nim ciężki karabin maszynowy, mający doskonałe pole ostrzału na znaczną część pola walki. W tym też czasie nastąpił nalot kilku samolotów sowieckich, które ostrzeliwały polskie pozycje z broni maszynowej. W wyniku ich akcji zapaliły się zabudowania jednego z chutorów. Płonęła m.in. stodoła, w której ulokowano ciężko rannych.

Nie znamy szczegółów ostatniego etapu bitwy. Z ustaleń M. Bobowicza wyni-ka, że próby zlikwidowania sowieckiego cekaemu na wzniesieniu nie powiodły się. Bracia Kalecińscy przegrali ogniowy pojedynek z przeciwnikiem i obaj padli przy swoim erkaemie. „Kotwicz”, chcąc odbić pozycję na wyniesieniu 148,6 - rzucił do akcji swój odwód, pozostający dotychczas w rezerwie. Można sądzić, że właśnie wtedy poniesiono bardzo ciężkie straty. Prof. Czesław Zgorzelski ocenia, że to w tym etapie walki kolejne serie sowieckiej broni maszynowej dosięgły mjr „Kotwicza”, „Ostrogę” i pchor. „Orwida”.

Ostatnich szczegółów boju możemy domyślać się z relacji Heleny Nikicicz „Czarnej Magdy” - matki pchor. „Orwida”, która pierwsza dotarła na pobojowisko. - „Widzę, nasi leżą w błocie. Pierwszy jest w cywilu, ale to oficer z odprawy. Drugi ma książeczkę do nabożeństwa w kieszeni na piersi: mam ją oddać bratu, „Murkowi”, ale brata widzę zabitego opodal. Dalej chłopak, który jadł z nami ostatnie śniadanie, w którym Major deklamował z „Pana Tadeusza” ... „nad brzegiem rucza-ju” ... Dalej sanitariuszka [Eugenia Myszkówna]. Do prawego skrzydła, gdzie atakowano sowiecki ciężki karabin maszynowy, nie mogę dojść, bo jeszcze stoją sowieci. Wreszcie odchodzą. Major leży na wznak, Henryk twarzą na jego nogach. Jego krew spływa Majorowi na nogi. Nikogo więcej już nie widziałam”. Można zatem sądzić, że „Kotwicz” ze swym adiutantem padli właśnie podczas polskiego kontrataku na wyniesienie, na którym bolszewicy ulokowali cekaem. Opis tej części pobojowiska, gdzie padł „Kotwicz” zawierają też wspomnienia Czesława Zgorzelskiego: „Ciała „Kotwicza” i „Orwida” leżały na lekkiej pochyłości pola po skoszonym już owsie, o sto metrów zaledwie od krzaków oddzielających je od następnego z kolei wzniesienia. Stąd też zapewne, z tych zarośli, kule broni maszynowej dosięgły atakujących Polaków. W pobliżu leżały zwłoki rotmistrza „Ostrogi” i kilku innych, nieznanych mi partyzantów”.

Gdy w ogniu sowieckiej broni maszynowej padali uczestnicy ostatniego pol-skiego kontrataku, kpt. „Bustromiak” znajdował się jeszcze ze swymi ludźmi we wspomnianej olszynie położonej na południowym skraju wsi. Widział toczącą się walkę, ale nie wiedział, co stało się z „Kotwiczem”. Gdy postanowił posłać tam kogoś w celu sprawdzenia – na ochotnika zgłosiła się sanitariuszka Eleonora Kolendo-Cichocka „Teresa”. Miała w umówiony sposób dać sygnał chustką czy też raczej jakimś kawałkiem materiału – czy „Kotwicz” żyje, czy też nie. Pomimo silnego ostrzału dobiegła do pozycji jeszcze niedawno zajmowanych przez ostatnich obrońców. Na skraju pola porośniętego zbożem napotkała sierż. Józefa Abrosowicza „Walasa”. Od niego dowiedziała się, że „Kotwicz”, „Ostroga” oraz inni - już nie żyją. „Walas” polecił jej natychmiast uciekać z tego miejsca. Dała „Bustromiakowi” sygnał, machając w ustalony sposób kawałkiem materiału. Wspomina, że widziała jeszcze, jak „Bustromiak” wyszedł z olszyny ze swoimi ludźmi, którzy po przejściu łąki zniknęli w polu wysokiego łubinu. Dopiero wtedy pobiegła w ich stronę. Wraz z nią biegli pod sowieckim ostrzałem kpt. „Hatrak”, sanitariuszka Eugenia Myszkówna i Bohdan Karpowicz „Sowa” - należący do ostatnich obrońców polskich pozycji. „Hatrak” i Myszkówna zostali trafieni. Myszkówna zginęła na miejscu, „Hatrak” był ciężko ranny - „Teresa” zdążyła jeszcze zrobić mu opatrunek. Podczas przeskakiwania rowu melioracyjnego zginął „Sowa”, zaś „Teresa” ugrzęzła w błocie i została wzięta do niewoli przez nadbiegających bojców. Chcieli od razu zakłuć ją bagnetami, ale oficer nie pozwolił.

Oba skrzydła sowieckiego natarcia zamknęły kocioł obejmujący pole bitwy. Walka już wygasała. Bolszewicy przeczesywali teraz teren, likwidując ostatnich bro-niących się pojedynczych partyzantów i dobijając rannych. Mieszkańcy okolicznych wsi wspominający ten dzień, mówią, że nasilenie strzelaniny stopniowo cichło. Nie słychać już było serii karabinów maszynowych, tylko pojedyncze strzały (to dobijano rannych). Około godz. 20.00 i te odgłosy zamilkły. W drugim etapie zaciętej walki, trwającym około trzech godzin, polski oddział został zniszczony. Wiadomo, że w obu etapach boju poległo 36 żołnierzy i oficerów Nowogródzkiego Okręgu AK, w tym 6 oficerów: ppłk „Kotwicz”, kpt. „Hatrak”, rtm. „Ostroga”, por. „Bosak”, ppor. „Dzwon”, ppor. „Jary”, pchor. „Orwid” i pchor.. „Wilk”. Z relacji „Czarnej Magdy” wynika, że wśród poległych znajdował się jakiś oficer w cywilnym ubraniu uczestniczący w przedpołudniowej odprawie – w grę może wchodzić kpt. „Bosak” lub ppor. „Dzwon”, albo jeszcze ktoś inny, o kim zupełnie nic nie wiemy (nazwiska i pseudonimy wszystkich poległych, które udało się ustalić, podanjemy poniżej). Z relacji „Teresy” wiadomo, że ranni partyzanci zostali podobijani przez żołnierzy NKWD, rozwścieczonych poniesionymi stratami. Do niewoli dostało się zaledwie kilka osób (4 ?), w tym dwie kobiety – sanitariuszka „Teresa” i szyfrantka „Zosia”, jakiś oficer w cywilnym ubraniu oraz wytropiony następnego ranka ciężko ranny Czesław Marszałek „Żuraw”, który zmarł później w więzieniu w Lidzie. Na skutek niedopatrzenia szyfrantki „Zosi” w ręce NKWD wpadła źle ukryta kancelaria „Kotwicza”, zawierająca szereg dokumentów Okręgu „Grzyb”, wykorzystanych przez Rosjan do pracy operacyjnej przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu.

Strona rosyjska oceniała w swych raportach polskie straty na 54 zabitych i 4 jeńców. Jednak ilość zdobytej przez Rosjan broni - 6 rkm, 3 pm, 22 kb i 14 rewolwe-rów - potwierdzałaby polską wersję strat oddziału ppłk. „Kotwicza” (36 zabitych). Pozostali zabici „bandyci” to z pewnością osoby cywilne, zamordowane przez NKWD podczas trwania operacji. Ponoć w samych Surkontach sowieci rozstrzelali kilku gospodarzy.

Jeśli chodzi o straty rosyjskie, to istnieją co do nich poważne rozbieżności, jednak wszystkie źródła są zgodne, że były one wysokie. Raporty sowieckie tłumaczyły znaczne straty NKWD aktywną postawą oddziału AK, który odpierał ataki rosyjskie zmasowanym ogniem broni maszynowej, a nawet podejmował próby kontrataku. Wśród zabitych Rosjan znajdowało się dwóch oficerów (dowódca 2 kompanii 32 zmot. p. strzel. WW NKWD, młodszy lejtnant Korniejko, zastępca naczelnika Raduńskiego RO NKWD młodszy lejtnant milicji Blieskin), 2 sierżantów i 14 szeregowych funkcjonariuszy NKWD, liczba rannych musiała być kilkakrotnie większa. Strona polska oceniała straty sowieckie, zapewne przesadnie, na 132 ludzi (depesza kpt. „Warty” z 27 sierpnia 1944 r.). Prawda zapewne leży pośrodku. Wiadomo, że enkawudyści polegli w Surkontach zostali pochowani na rynku w Raduniu. Na wzniesionym w tym miejscu sowieckim pomniku widnieją 64 nazwiska. Nie wiemy jednak, czy wszyscy czekiści z raduńskiego pomnika zginęli w Surkontach, czy też może także w innych starciach.

Kpt. „Bustromiak” zdołał wyprowadzić z pola walki niespełna 20 żołnierzy. „Teresa” mówi w swej relacji o trzynastu, jednak chyba było ich trochę więcej. Trudna do ustalenia liczba partyzantów przebiła się pojedynczo na własną rękę. Był wśród nich sierż. Józef Abrosowicz „Walas”, tak wyróżniający się w boju pod Surkontami, który jako jeden z ostatnich opuścił pole walki (poległ w kilka dni później w kolejnym starciu z NKWD). Zdołali także wydostać się z kotła ranni – chor. Wacław Ługowski „Burza” i ppor. Tadeusz Mincer „Wypłosz”, którym zaopiekowała się akowska siatka konspiracyjna w Janowiczach.

Polegli pod Surkontami polscy żołnierze zostali pochowani następnego dnia po bitwie przez szefa BiP Nowogródzkiego Okręgu AK Czesława Zgorzelskiego „Zbigniewa”, Helenę Nikicicz „Czarną Magdę” i okolicznych mieszkańców. Przy starym cmentarzyku wykopali oni długą mogiłę, do której złożono zwłoki polskich partyzantów. Potem niektóre ciała zostały zabrane przez rodziny, które przeniosły je w inne miejsca (ppor. „Jary”, ppor. „Dzwon”, kpr. „Irak” i kpr. „Kosinus” zostali przeniesieni, najprawdopodobniej przez prof. Kalecińskiego z Lidy, na wiejski cmentarzyk w Jancewiczach, a Eugenia Myszkówna przez rodzinę na cmentarzyk w Rekściach). Klęska w Surkontach i śmierć „Kotwicza” nie przerwały pracy Komendy Okręgu AK Nowogródek. Już następnego dnia dowodzenie Okręgiem przejął dotych-czasowy zastępca „Kotwicza” - kpt. Stanisław Sędziak „Warta”. W dniu bitwy znaj-dował się wraz z adiutantem Komendy Okręgu ppor. Wincentym Birukiem „Orli-kiem”, kwatermistrzem Okręgu „Henrykiem” i jego zastępcą w odległych o 10 km Jewsiewiczach. Dzięki przypadkowemu spóźnieniu się na drugą część odprawy, roz-poczętej pod Raduniem, a kontynuowanej w Surkontach, ocaleli. Kpt. „Warta” nie-zwłocznie wydał rozkaz organizacyjny, w którym informował struktury Okręgu „Grzyb” o objęciu przez siebie dowództwa, do czasu mianowania przez KG AK no-wego Komendanta Okręgu. O fakcie tym informował KG AK w meldunku z 24 sierp-nia 1944 r. (nadanym dwa dni później): „Generał Bór. Dnia 21 sierpnia został w Surkontach podstępnie otoczony przez Sowietów wraz z częścią sztabu ppłk Kotwicz. W walce zginął ppłk Kotwicz i część oficerów oraz oddział osłaniający. Wyznaczony przez Kotwicza na zastępcę objąłem w.z. dowództwo Okręgu. Mimo ciężkich warunków będę prowadził pracę z niesłabnącą energią, aż do wyznaczenia przez Pana Generała nowego komendanta Okręgu „Warta”.

Komendant Główny AK zareagował bardzo szybko. Już 28 sierpnia 1944 r. informował w depeszy (nadanej dzień później) o mianowaniu kpt. Stanisława Sędziaka „Warty” p.o. komendantem Okręgu „Grzyb”:

„Grzyb – Warta. Oddajemy cześć ppłk. Kotwiczowi i jego poległym towarzyszom. Wyznaczam Was na p.o. Komendanta Okręgu. Przygotujcie możliwość wycofania najbardziej zagrożonych ludzi do centrum kraju. Walki z Sowietami nie prowadzić, wejść głęboko w podziemie. „Znicz”.

27 sierpnia 1944 r. kpt. „Warta” wysłał kolejna depeszę dotyczącą bitwy w Surkontach:

„W Surkontach zginęli „Kotwicz”, „Ostroga”, „Hatrak”, „Jary” i 32 żołnie-rzy. Sowi[ieci] dobijali rannych. Powody tragedii, niekonspiracyjne zachowanie się „Kotwicza”, brawura, opór i chęć zemsty za hańbę rozbrojenia w Puszczy Rudnic-kiej. „Kotwicz” miał w czasie walki 2 godziny przerwy do czasu przybycia posiłków sow[ieckich]. Zrezygnował z wycofania choć nie miał prawie strat. Straty sow[ieckie] wynoszą 132 zabitych”.

Ocena sformułowana przez kpt. „Wartę” jest bardzo surowa i nie całkiem sprawiedliwa. Od samego początku nasuwało się jednak pytanie, dlaczego „Kotwicz” zdecydował się pozostać na polu walki do wieczora. Przecież było to niezgodne z elementarnymi zasadami działań partyzanckich! Nigdy już nie dowiemy się, dlaczego tak postąpił. Możemy jedynie snuć przypuszczenia. Uzasadnienie mówiące, że chodziło o zaopiekowanie się rannymi, już na pierwszy rzut oka wydawało się mało przekonujące. Wysnuwano zatem różne teorie, m.in. mówiące, że „Kotwicz” zgnębiony wydarzeniami pod Wilnem i w Puszczy Rudnickiej, szukał honorowej, żołnierskiej śmierci itp. Trudno zgodzić się z taką interpretacją wydarzeń – wszak był znany jako oficer odpowiedzialny, zawsze dbały o żołnierzy. Z pewnością nie szafowałby ich życiem bez wyraźnej potrzeby. Jego łączniczka, Helena Nikicicz „Czarna Magda” zapamiętała, że w tym właśnie czasie, w rozmowach z żołnierzami, powtarzał: „Nie chcę sam zginąć i nie chcę, żeby zginął którykolwiek z was. Chcę, żebyście wrócili do swoich i jeszcze mieli po sześcioro dzieci”. Choć jest prawdą, że bardzo boleśnie przeżył fiasko zaplanowanej przez siebie operacji „Ostra Brama” i brak woli walki wśród kadry zgromadzonej w Puszczy Rudnickiej, jestem głęboko przekonany, że nie zamierzał doprowadzić do sytuacji, w której zginąłby wraz ze swymi żołnierzami. Przecież na nowo or-ganizował walkę Nowogródzkiego Okręgu AK o wolność i całość Rzeczypospolitej, o polskie Kresy – a do tego potrzebni byli żywi ludzie – tak on, jak i jego żołnierze. Gdy zastanawiamy się nad powodami jego decyzji, to wydaje się, że błędnie ocenił, iż mając mocny oddział, który wczesnym popołudniem 21 sierpnia 1944 r. pokonał pierwszą sowiecką grupę operacyjną, zdoła na jego czele odeprzeć także kolejny atak. Jednak w pierwszej walce siły obu stron były mniej więcej równorzędne, a przynajmniej porównywalne. Potwierdzałoby to sformułowanie z depeszy „Warty”, mówiące, że w pierwszym etapie boju „Kotwicz” „nie miał prawie strat” – mógł zatem pochopnie sądzić, że dalej będzie podobnie. Być może owa potrzeba sto-czenia zwycięskiej walki wiązała się z przemyśleniami „Kotwicza” zawartymi we wspomnianym już referacie „Wyprawa wileńska i kryzys rudnicki”. Zapewne gdyby kolejna grupa operacyjna miała liczebność podobną do pierwszej – także następna walka zakończyłaby zakończyłaby się zwycięstwem, którego strona polska - dla podniesienia nastrojów - tak bardzo potrzebowała. „Kotwicz” miał tego świadomość i podjął ryzykowną decyzję. Okazała się ona błędem, sowieci bowiem rzucili do po-nownej akcji znacznie większe siły niż za pierwszym razem. Dysproporcja sił sprawiła, że bitwa musiała zakończyć się śmiercią partyzantów.

Wkrótce po walce w Surkontach zostały nadane pierwsze odznaczenia za walki stoczone pod rozkazami „Kotwicza”. Na mocy rozkazu p.o. komendanta okręgu, znanego tylko z sowieckiego odpisu, Krzyże Walecznych za Poddubicze otrzymali, w większości pośmiertnie: plut. „Karo”, kpr. „Minus”, kpr. „Alan” i kpr. „Krzak”, a za Surkonty - kpt. „Hatrak”, ppor. „Jary”, kaprale „Cedr”, „Bek”, „Irak”, „Spokojny”, „Mały” i „Myszka”, st. sierż. „Lubny” („Lubicz”?) i „Zima” oraz obywatel „Kusza’.

Później, już w 1945 r., sporządzono w Komendzie Okręgu antydatowany na 28 października 1944 r. wniosek na odznaczenie uczestników walk w Surkontach i Poddubiczach KrzyżemVirtuti Militari. Obejmował on kpt. „Bustromiaka”, rtm „Ostrogę”, kpt. „Hatraka”, ppor. „Jarego”, pchor. „Orwida” (w dokumencie określonego pomyłkowo jako „Odrowąż”) i ppłk. „Kotwicza”. Wnioski dla wszystkich wymienionych, oprócz „Kotwicza” zostały zatwierdzone przez Delegata Sił Zbrojnych na Kraj, płk Jana Rzepeckiego „Prezesa”. „Kotwicz”, który już wcześniej za inne zasługi otrzymał KVM 5 klasy i nie mógł ponownie dostać tego samego odznaczenia, został uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami. Na mocy tego samego wnikosku KVM dostali pośmiertnie por. Jan Borysewicz „Krysia”, ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner”, por. Władysław Mossakowski „Jastrzębiec” i por. cc Jan Piwnik „Ponury”.

„Kotwicz” i jego żołnierze polegli, pozostawili jednak po sobie legendę. W czasach, w ktorych różni liderzy polskiego życia społecznego i politycznego, zarówno cywilni jak i wojskowi, zapominając o swych wolnościowych ideałach starali się w różny sposób układać z komunistycznym reżimem i dziś trudno jest nam ich pozytywnie oceniać – „Kotwicz” pozostaje postacią całkowice jednoznaczną, tak jak zmitologizowani bohaterowie roku 1863. Bitwa w Surkontach od samego początku nabrała wymiaru symbolicznego. Określana jest jako polskie, kresowe Termopile, a ppłk Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” porównywany bywa do współczesnego Rejtana, mówiącego „nie!” sowieckiemu bezprawiu.

Walka prowadzona przez siły Nowogródzkiego Okręgu AK trwała dalej. W listopa-dzie 1944 r. kpt. Stanisław Sędziak „Warta” przekazał dowództwo nad okręgiem, zgodnie z zaleceniem Komendy Wileńskiej, kpt. Bolesławowi Wasilewskiemu „Bustromiakowi”. Ten, aresztowany w grudniu 1944 r. przez NKWD, przeszedł „na ciemną stronę mocy” (nie do-wiemy się nigdy, czy nie żałował, że nie zostanie zapamiętany jako jeden z towarzyszy „Kotwicza” poległych na surkonckim polu, lecz przejdzie do historii jako faworyt sowieckiego marszałka Rokossowskiego). Kpt. „Warta” kontynuował działalność niepodległościową na Białostocczyźnie, a następnie w Polsce centralnej – w szeregach AKO i Zrzeszenia WiN. Aresztowany, został skazany na wieloletnie więzienie. Do kwietnia 1945 r. Okręgiem Nowo-gródek dowodzil rtm Jan Skorb „Puszczyk”, „Boryna”, a po jego wyjeździe za jałtańską gra-nicę – ppor. Ludwik Nienartowicz „Mazepa”, „Miedzianko”. Do końca 1945 r. w walce z nowym okupantem na Nowogródczyźnie poległo blisko tysiąc polskich partyzantów. To mniej więcej tylu, ilu pod Monte Cassino. Potem, do 1949 r., walczyły pomniejsze poakowskie struktury z Obwodem Szczuczyn-Lida dowodzonym przez por. Anatola Radziwonika „Olecha” na czele. Ostatnie strzały obrońców polskich Kresów padały tu jeszcze w latach pięćdziesiątych. Tyle, że o tej kresowej epopei dzisiejsza Polska zupełnie nie pamięta.

DR KAZIMIERZ KRAJEWSKI
PREZES ŚWIATOWEGO ZWIĄZKU ŻOŁNIERZY AK OKRĘG WILEŃSKO - NOWOGRÓDZKI,
HISTORYK IPN

DLA STOWARZYSZENIA ŁAGIERNIKÓW
ŻOŁNIERZY ARMII KRAJOWEJ
WARSZAWA, SIERPIEŃ 2019 R.



logo image

STOWARZYSZENIE ŁAGIERNIKÓW ŻOŁNIERZY ARMII KRAJOWEJ

Drop us a message

You're in the right place! Just drop us a message. How can we help?

Or see contact page
Validation error occured. Please enter the fields and submit it again.
Thank You ! Your email has been delivered.