Jan Borysewicz pochodził z Kresów. Tu dorastał, uczył się. Na Nowogórdczyźnie przyszło mu żyć i polec w godzinie próby. Przez lata krążyły różne wersje o losach szczątków porucznika „Krysi”. Wiedzieliśmy, że ciało zbezczeszczono – sowieci obwozili je po wioskach i miasteczkach kresowych. Co się stało później? Jedni mówili o studni, inni – że gnijące zwłoki bohatera AK wyrzucono do jakiegoś chlewiku. Wersja ze studnią była bardziej powszechna. Przez przeszło 60 lat miał spoczywać w studni na kurhanie – średniowiecznym zamczysku górującym nad Ejszyszkami i okolicą. „Krysia”, niczym dawny rycerz, po śmierci miał spoglądać z góry i trzymać pieczę nad ziemią, której za życia bronił…

Kresowe dziecko
Jan Borysewicz urodził się 12 września 1913 r. w Dworczanach (obecnie Białoruś) w parafii Wasiliszki w powiecie lidzkim, ówczesnej guberni wileńskiej, w rodzinie chłopskiej, osiadłej – jak to mawiano – „od zawsze na Kresach”. Jego mama, z domu Jakubaszko, również pochodziła z okolic Wasiliszek. Rodzice Jana w okresie międzywojennym posiadali dobrze prosperujące gospodarstwo rolne o powierzchni 20 hektarów. Małego Jasia ochrzczono w miejscowej parafii w kościele w Starych Wasiliszkach. Kościół ten, istniejący do dziś, został zbudowany w 1907 roku – zaledwie sześć lat przed narodzinami Jana. Piękna neogotycka bryła świątyni powstała z datków miejscowych ziemian i włościan (także rodziców Jana). Przez dziesięciolecia, aż do 1905 roku, w ramach szykan po Po-wstaniu Styczniowym, carat zakazywał stawiania świątyń katolickich na Kresach. Stąd ludność miejscowa z Dworczan, Starych Wasiliszek, Szlachtowszczyzny, Hołowiczpola i innych miejscowości była pozbawiona własnej parafii. Jeżdżono do tzw. starego (barokowego) kościoła w Wasiliszkach.

Jak wspomina jego rodzony brat Michał, Jaś uczył się dobrze. Ukończył z dobrą lokatą szkołę powszechną w Wasiliszkach. Następnie, po zdaniu egzaminu, został przyjęty w szeregi uczniów Seminarium Nauczycielskiego w Szczuczynie Nowogródzkim. Takie seminaria w międzywojennej Polsce odznaczały się wysokim poziomem nauczania. Przygotowywały kadry nauczycielskie dla szkolnictwa podstawowego, zwanego wówczas powszechnym, czyli były czymś, co dziś nazywamy liceami pedagogicznymi. Niestety, dyplomy nauczycielskie absolwentów seminariów nie uprawniały do wstępu na wyższe uczelnie. Po ukończeniu szkoły Jan wybrał więc karierę wojskową.

Żołnierz
Służbę wojskową odbywał w dywizji w Zambrowie, na kursie w Szkole Podchorążych. Po jego ukończeniu wstąpił do szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowii Mazowieckiej – Komorowie. Podchorążówkę skończył w 1938 roku. Uzyskał stopień podporucznika i przydział do stacjonującego w Suwałkach 41. Pułku Piechoty. Był dobrze zapowiadającym się żołnierzem zawodowym i służył w świetnym pułku. Dość wspomnieć, że pułk ten, noszący imię Marszałka Józefa Piłsudskiego, dzierżył dumnie sztandar przyozdobiony klejnotem najcenniejszego orderu wojskowego – Virtuti Militari. Wśród żołnierzy pułku było aż 42 kawalerów Virtuti Militari i 243 odznaczonych Krzyżami Walecznych.

Doświadczenie z okresu służby czynnej w Wojsku Polskim, w tym doskonałe wyszkolenie strzeleckie, jakim odznaczał się żołnierz zawodowy tamtego okresu, zaowocuje w przyszłości w warunkach partyzanckich. Jan Borysewicz, już jako „Krysia”, będzie przywiązywał ogromną wagę właśnie do szkolenia strzeleckiego, czyniąc tym samym ze swych żołnierzy bojową elitę nowogródzkiej AK.

Tragiczny rok 1939. Żołnierz – oficer wyrusza na front, dowodzi plutonem, a następnie kompanią w 29. Dywizji Piechoty Armii „Prusy”. Nasza wiedza o wrześniowych losach Jana Borysewicza ogranicza się do znajomości losów jego macierzystego I Batalionu 41. PP. Dzień 1 września zastał go na pozycjach osłonowych Suwalszczyzny, następnego dnia batalion ruszył w rejon Pilicy. Tu 8 września pod Odrzywołem batalion zostaje rozbity przez oddziały niemieckiej 13. Dywizji Zmotoryzowanej. W masakrze batalion traci swego dowódcę, majora Edwarda Bilika oraz wielu młodszych oficerów piechoty.
Rozproszone pododdziały I Batalionu zaczęły na własną rękę szukać silniejszych struktur taktycznych. Część z nich znalazła się między innymi w grupie kpt. Stanisława Potockiego, dowódcy III batalionu 29 Pułku Artylerii, cofającego się ku Wiśle, a następnie okrążonego pod Ryczywołem. W dniach 10 i 11 września grupa ta podejmuje rozpaczliwie próby wyrwania się z matni. 12 września kapitan Potocki koncentruje wszystkie działa na skraju lasu, pod ich zmasowanym ogniem kolejne jednostki wyrywają się z okrążenia. Potem jednak traci wszystkie działa – przez Wisłę by ich nie przeprawił. Ale „kocioł” rozrywa. Potocki ginie, idąc w ariergardzie. Już za Wisłą znajdujemy dwa plutony 41. PP dołączające 27 września pod Krasnobrodem do 77. Pułku Piechoty. W dniu 2 października 1939 r. pod Biłgorajem widzimy też resztki 41. PP w oddziale Zielińskiego.

Różne były drogi rozbitków z I Batalionu. Szlak Jana Borysewicza prowadził w kierunku granicy litewskiej. Do niewoli nie trafł. Udało mu się wrócić do domu. Na Jana czekała umierająca mama. Nie mając informacji o losach syna czuła jednak – jak to matka – że żyje. Powtarzała młodszemu synowi – Michałowi, że czeka by pobłogosławić przed swoją śmiercią obu chłopców. Niestety, śmierć zabrała ją szybciej niż dotarł Jan. Przybył w kilka dni po śmierci mamy, która zmarła 23 września 1939 roku…

Za „pierwszego Sowieta”
Podporucznik Jan Borysewicz wiedział, że przegrany wrzesień 1939 r. to dopiero preludium do walki o niepodległość, która będzie się teraz toczyć w innych warunkach. Z Paryża nadchodziły drogą radiową komunikaty o tworzeniu się Wojska Polskiego na obczyźnie. Tymczasem Sowieci, którzy zajęli Nowogródzkie wraz z całymi Ziemiami Wschodnimi, ale także z Łomżą czy Zambrowem jako tzw. „zachodnią Białorusią”, rozpoczęli już pierwsze aresztowania ziemian, urzędników i – rzecz jasna – oficerów Wojska Polskiego. Jan długo w domu nie zabawił. Postanowił przedostać się na Zachód, do odtwarzanej Armii Polskiej.

Niedaleko od Wasiliszek była granica z formalnie jeszcze niepodległą Republiką Litewską, która w „podarku od Stalina” ochoczo przyjęła Wilno i część polskiej Wileńszczyzny w ramach podziału łupów po rozbitej Rzeczypospolitej. W owym czasie na terytorium Litwy Kowieńskiej przebywało wielu polskich oficerów i żołnierzy, próbujących się przedostać przez Skandynawię do Francji. Granicę między ZSRR i Litwą, jakkolwiek strzeżoną, przekraczały nielegalnie setki osób, chcących wyrwać się z sowieckiej zony by uniknąć aresztowania, lub właśnie przez Litwę przedostać się na Zachód.

Okoliczności peregrynacji, zresztą nieudanej, Jana Borysewicza do Armii Polskiej we Francji są niejasne. Prawdopodobnie jesienią 1939 roku udało mu się przedostać do Wilna okupowanego przez Litwinów. Najprawdopodobniej stamtąd chciał dołączyć do oddziałów polskich na Zachodzie. Jakim sposobem? Którą drogą? Tego nie wiemy. Niewykluczone, że w Wilnie związał się już z polską konspiracją. W każdym razie w drugim kwartale 1940 roku wpadł w ręce Sowietów. Osadzono go w więzieniu w Baranowiczach. Przeszedł tam ciężkie śledztwo. Jak opowiadał później – już za niemieckiej okupacji – bratu i ojcu, pomógł mu wówczas jeden z funkcjonariuszy NKWD, który nie wiedzieć czemu, może targany wyrzutami sumienia, powtarzał: „nie przyznawaj się, jeśli się przyznasz, to po tobie!”. Z Baranowicz, wciąż bez wyroku, został przeniesiony do Brześcia.

Dotrwał tam do ataku Niemców w czerwcu 1941 roku na swego dotychczasowego sojusznika, czyli Związek Sowiecki. Bolszewicy ewakuowali więzienie. Tak zwana „ewakuacja” polegała na tym, że pędzono wycieńczonych aresztantów, a ci z nich, którzy nie mieli sił iść, byli dobijani strzałem w potylicę. Jan wraz z czterema towarzyszami niedoli postanowił „prysnąć”. Udało się trzem, jednego z nich, polskiego Tatara spod Lidy, dosięgła sowiecka kula. Szczęśliwie cała trójka ocalałych dotarła do domów. Rozpoczęła się nowa, tym razem niemiecka okupacja.

Komendant „Krysia”
Niemal tuż po zajęciu Kresów przez Niemców ruszyła na nowo praca konspiracyjna. Jan Borysewicz był jednym z pierwszych, którzy wstąpili do Armii Krajowej w Lidzkiem. Przysięgę złożył już w 1941 roku. Rok później sam odbierał przysięgę od swego młodszego i jedynego brata, Michała. Do konspiracji prawdopodobnie wprowadził Borysewicza przyjaciel, również jeden z pierwszych partyzantów Ziemi Nowogródzkiej, por. Jan Skorb – „Puszczyk”, „Boryna”. Od tego momentu Jan Borysewicz dla towarzyszy broni staje się „Krysią”, dla podwładnych – Komendantem „Krysią”, a później – już za kolejnej okupacji sowieckiej – „Mścicielem”.

W 1941 r. objął posadę leśniczego w leśniczówce Czaszcza (leśnictwo Starodworce, nadleśnictwo Wasiliszki – dawne lasy książąt Druckich–Lubeckich). W październiku 1941 r. zostaje mianowany dowódcą plutonu w kompani konspiracyjnej Wasiliszki–„Pastwisko”. Kompanią dowodził w tym okresie ppor. „Alinta” – Franciszek Stankiewicz. „Krysia” zabiegał o utworzenie oddziału leśnego jeszcze na terenie kompanii „Pastwisko”. Było to na długo przed wyjściem wpole pierwszych oddziałów partyzanckich AK na Nowogródczyźnie. W tym czasie działała tam jedynie mała grupka podporządkowana porucznikowi Puszczykowi – „Puszkarowowi”. Witold Skorb, brat Puszczyka, relacjonuje:

”Krysia nieraz długo czekał na przyjęcie u „Wiesława” (komendanta obwodu „Łąka”, późniejszego dowódcy 6. kompanii w batalionie „Krysi”). „Wiesław” nie żywił do niego sympatii. Dopiero komendant Okręgu Nowogródzkiego „Borsuk” zezwolił na zorganizowanie czynnej partyzantki i wyznaczył mu teren na zachód od Lidy».

Według relacji Aleksandry Niedzielko, „Krysia” uzgodnił sprawę utworzenia oddziału z ppłk „Borsukiem” w domu Komorowskich przy ul. Grodzieńskiej w Szczuczynie.

Jesienią 1942 r. Jan Borysewicz zostaje odwołany do dyspozycji komendy Okręgu. Przebywa w Lidzie u Zygmunta Lisieckiego. Następnie zaś, kolejne trzy tygodnie, w miejscowości Iwie, u Jana Jankiewicza, ps. „Wołga”. Według gospodarza, stąd wyruszył organizować oddział. Do dyspozycji przygotowującego siatkę konspiracyjną w północno – zachodniej części powiatu lidzkiego „Krysi” zostaje oddelegowany ppor. „Alinta”, były komendant ośrodka „Pastwisko”.
Jan Borysewicz wcielił w życie swoje marzenia o utworzeniu czynnego oddziału o charakterze osłonowo – kadrowym w czerwcu 1943 roku. Odtąd, aż do swej śmierci w dniu 21 stycznia 1945 roku pod Kowalkami, pozostawał w służbie czynnej. Wspominaliśmy już o jego umiejętnościach dowódczych i strzeleckich. Miały one duże znaczenie dla przetrwania oddziału w pierwszej fazie jego istnienia. Między innymi w dniu 17 sierpnia 1943 r., zmierzając do miejsca postoju w pobliżu miejscowości Pietrykany „Krysiacy” natknęli się na dużą grupę sowiecką rabującą wieś. Jan Borysewicz rozwinął oddział w tyralierę i ruszył w kierunku odgłosów gwałtu i rabunku.

Jednak zaskoczenie nie powiodło się. Na samym przedpolu, już po dotarciu do wozów taborowych wroga, rozległy się strzały. Komendant „Krysia” odpowiedział ogniem i cofnął oddział w celu przegrupowania. Zauważył, że wśród jego chłopców brakuje „Cichego”. „Krysia” rozkazał ponownie rozwinąć tyralierę, odnalazł i zabrał ciało poległego, zaś o świcie uderzył z trzech stron na przeciwnika. Sowieci wycofali się, pozostawiając zrabowane mienie i wozy. Okazało się, że seria PPD wystrzelona przez „Krysię” śmiertelnie zraniła zastępcę dowódcy sowieckiego otriadu. Z kolei Romuald Krasowski, ps. „Robert” relacjonuje, że podczas walki przez przeszkodę wodną z innym oddziałem sowieckim „Krysia” nakazał przerwać ogień, a potem wycelował i jednym strzałem położył przeciwnika: ”Ja się położyłem, Kryś mówi: – Zostaw! – i wziął od „Pujdaka” ruską strzelbę. Przymierzył się i trafił”.

Następnie pod wioską Mytem 22 sierpnia 1943 r., osaczony przez obławę niemiecką, „Krysia” zarządził odwrót w kierunku bagien Dzitwy, sam zaś usadowił na najbliższym wzgórzu stanowisko z ręcznym karabinem maszynowym i celnym ogniem osłaniał wycofujący się oddział. Pełną wartość bojową zorganizowanej przez siebie jednostki Jan Borysewicz wykazał w bitwie pod Suchwalnią koło Berdówki w dniu 18 września 1943 r. Po koncentracji Batalionu Zaniemeńskiego i jego wcześniejszym wyrwaniu się z operacji antypartyzanckiej, a następnie odskoku w kierunku Wilna, oddziały nowogródzkie w sile około 300 żołnierzy powracały na stare kwatery. Konieczne było przeprawienie taborów z rannymi i amunicją przez linię kolejową Lida – Mołodeczno. „Krysia” zgłosił swój oddział do zadania uchwycenia przyczółka po południowej stronie linii kolejowej. Z ochotnikami z 3 kompanii sforsował przejście kolejowe, a następnie obłożył niemiecki bunkier ogniem z rusznicy ppanc. Koncentrując na sobie ostrzał wroga umożliwił tym samym przeprawę taborów. Po przekształceniu się walki w bitwę pozycyjną, pod osłoną karabinów maszynowych żołnierzy por. Czesława Zajączkowskiego „Ragnera” rzucił 3. kompanię do ataku i przełamał linię przeciwnika na swoim odcinku. Po Suchwalni zaczęto traktować 3. kompanię jako równie bitną jak starsze jednostki, zaś „Krysia” w uznaniu jego zdolności dowódczych otrzymał uzupełnienia ze starszych i większych oddziałów.

W listopadzie 1943 r. powierzono „Krysi” formowanie II batalionu 77. Pułku Piechoty AK. Stan tej jednostki szybko wzrósł z kilkudziesięciu żołnierzy w listopadzie 1943 r., 140 – w styczniu 1944 r., do 288 – na początku kwietnia 1944 r. W tym okresie por. Janowi Borysewiczowi podlegało bezpośrednio 218 żołnierzy V Batalionu. Struktury konspiracyjne tej jednostki zostały podporządkowane „Krysi” już wcześniej, jesienią 1943 r. „Krysia” nadzorował działania podległych sobie sił, zlecał im zadania patrolowe i operacyjne, łączył na czas operacji partyzanckich, jak również osobiście uczestniczył w wielu walkach swoich pododdziałów. Stał się dla ludności tych terenów synonimem walki partyzanckiej. Do dziś jeśli ktoś nie wie w jakim dokładnie oddziale byli jego krewni, mówi, że pewnie byli „u Krysi”.

Oddziały Jana Borysewicza stoczyły ponad 100 walk, sam ich wykaz dotyczący jedynie II Batalionu i jego sukcesorów zawiera 87 pozycji, a nie jest to lista pełna. Według zestawienia za czerwiec 1944 r. oddziały te osiągnęły stan 1050 żołnierzy, a mobilizacja wciąż trwała. Do najpiękniejszych kart bojowych „Krysiaków” w czasie okupacji niemieckiej należą:
– zdobycie w styczniu 1944 r. roku Horodna – kilkadziesiąt tysięcy szt. amunicji;
– zdobycie w maju 1944 r. w m. Radunia ponad 30.000 szt. amunicji i 32 wozów ze sprzętem wojskowym;
– rozbicie więzienia w Lidzie przez oddział wydzielony II Batalionu;
– operacja odbicia transportu więźniów z Wasiliszek do Lidy;
– akcja V Batalionu na Bieniakonie w czasie Świąt Wielkanocnych w 1944 r.;
– działania w ramach operacji rozbicia granicy Rzeszy w czerwcu 1944 r.;
– rajd na teren ośrodka „Cis” uwieńczony jednoczesną kapitulacją załóg Subotnik i Żemłosławia.

Uderzenie na Horodno było zsynchronizowaną akcją pododdziałów II Batalionu. Zniszczyły one przeprawy rzeczne i linie telegrafczne i zablokowały nadejście niemieckiej odsieczy, podaczas gdy dwie pozostałe grupy rekwirowały magazyn w Horodence i szturmowały silnie umocniony, ponad 60–osobowy garnizon Horodna. Do środka umocnionego dworu dostał się podstępem oddział szturmowy „Bza” w sile drużyny. Komendant koordynował wspierające „Bza” natarcie 4 kompanii. Morderczy ogień powodował znaczne straty. „Krysia” przedostał się więc do ziejącego ogniem dworu i po natychmiastowej analizie sytuacji wewnątrz umocnień zadecydował o zaprzestaniu natarcia odciążającego. Następnie oddział szturmowy zmusił przeciwnika do kapitulacji bez dodatkowych strat własnych.

Za „drugiego Sowieta” – Komendant „Mściciel”
W lipcu 1944 roku, gdy Armia Czerwona weszła ponownie w granice Polski, żołnierze z Nowogródczyzny wraz ze swymi kolegami z Okręgu Wileńskiego AK przeprowadzili operację pod kryptonimem „Ostra Brama” – zaatakowali Wilno. Mieli je wyzwolić od Niemców przed nadejściem „sojuszników naszych sojuszników”, czyli Sowietów. Zdobyć Wilno, „miasto miłe Batoremu, Filomatom, Marszałkowi Piłsudskiemu, miasto objawień siostry Faustyny – to był wielki cel! Chcieli zająć Wilno i przyjąć Sowietów jako gospodarze. Nie udało się. Żołnierze AK krwawili…

Po walkach o Wilno znaczna cześć oficerów sztabów wileńsko–nowogródzkich została podstępnie aresztowana przez sowieciarzy. Żołnierze AK, otoczeni w Puszczy Rudnickiej, byli rozbrajani przez Armię Czerwoną. Część z dowódców batalionów i zgrupowań poderwała jednak swoich żołnierzy i rozkazała marsz głęboko w Puszczę Rudnicką. Byle nie dać się rozbroić. By trwać i walkę prowadzić dalej. I właśnie wtedy – w tragicznym czasie rozbrajania oddziałów wileńsko – nowogródzkich AK „Krysia” wyprowadził z okrążenia, a następnie „czasowo zwolnił” swych podkomendnych z przysięgi, umożliwiając im ukrycie się i uniknięcie sowieckich obozów, do których AK-owcy byli zsyłani po aresztowaniu przez NKWD czy Armię Czerwoną.

Sam Komendant wrócił do swojego matecznika – do powiatu lidzkiego na północy Nowogródczyzny. Wrócił by walczyć dalej. „Krysia” dowodził Zgrupowaniem „Północ” Okręgu Nowogródzkiego. Miał do dyspozycji „kadrowy” doborowy oddział, starych wypróbowanych wiarusów, swoich zuchów z II Batalionu, z czasów okupacji niemieckiej. Sam ich wyszkolił, z nimi przeżywał trudy partyzanckiej tułaczki. Ufali mu, a on ich prowadził.

Rzeczywistość nowej, drugiej okupacji sowieckiej, była wyjątkowo trudna. Teren nasiąknięty posterunkami sowieckimi, aresztowania na niespotykaną skalę, agentura. Jednak „Kry-sia”, używający wtedy nowego pseudonimu „Mściciel”, systematycznie odtwarzał swoją siatkę, obejmującą rubieże Puszczy Ruskiej (Grodzieńskiej) – od miejscowości Nacza na zachodzie powiatu lidzkiego – po gminy Werenów i Bieniakonie na wschodzie. Podlegało mu 8 kompanii konspiracyjnych. Komendant był ciągle „w polu”. Zmieniając ustawicznie miejsca postoju, „chodził” – mówiąc po partyzancku – tylko z własną drużyną dyspozycyjną. Pozostałe oddziały i patrole partyzanckie działały w dużym stopniu autonomicznie, choć były mu całkowicie podległe. „Krysia – Mściciel” koncentrował je tylko przed większymi akcjami.

Jedną z takich spektakularnych akcji był atak na miasteczko Ejszyszki. W nocy z 6 na 7 grudnia 1944 r. por. „Krysia – Mściciel” zebrał około 150 żołnierzy – były to połączone patrole „Hajduka”, „Groma”, „Zemsty” i „Śmiałego”. Zaatakowali miasto gminne Ejszyszki. Nie pierwszy już zresztą raz – niektórzy z tych chłopców brali udział w zdobyciu miasta w czasie okupacji niemieckiej. Teraz w brawurowym ataku rozbito areszt NKWD, uwalniając ponad 30 więźniów i niszcząc punkt Związku Patriotów Polskich – komunistycznej jaczejki spod znaku Berlinga i Wandy Wasilewskiej. Spalono dokumentację ZPP i NKWD. Niestety, nie udało się uwolnić ppor. Michała Babula, ps. „Gaja” – żołnierza placówki Ejszyszki. Został bowiem kilka dni wcześniej przeniesiony do więzienia na Łukiszkach w Wilnie, a następnie zamordowany
Atak na Ejszyszki, drugi w „karierze” partyzanckiej Komendanta „Krysi” był dokonaniem wyjątkowym. W całej historii polskiego podziemia po lipcu 1944 r. na ziemiach zabranych nie było tak skutecznej akcji. „Krysia” zdobył miasto gminne, rozbił areszt NKWD, zdestabilizował na pewien czas funkcjonowanie lokalnego aparatu komunistycznego. Uczynił to przy minimalnych stratach własnych – poległo dwóch żołnierzy.
Jesienią 1944 roku, prawdopodobnie na przełomie września i października, Komendant spotkał się po raz ostatni z bratem Michałem. Na spotkanie umówione na placówce niedaleko Wasiliszek przybył sam. Przebieg tego spotkania znamy z relacji brata „Krysi”:

”Rozmawialiśmy krótko. Jaś, wiedząc już, że jadę „na lewo” do Polski centralnej, powiedział, że niebawem (może wiosną 1945 roku – przyp. autorów) spotkamy się. Uścisnął mnie serdecznie. Mieliśmy spotkać się w Białostockiem. To był ostatni raz gdy widziałem brata”.

Nie wiadomo czy Komendant już wówczas czuł, czy raczej wiedział z doświadczenia żołnierskiego, że nie ma możliwości utrzymania się na Kresach i uratowania od zagłady żołnierzy i konspiratorów. A nadchodził jeszcze jeden nieprzyjaciel – pierwszy śnieg. Eksterminacja sowiecka była coraz silniejsza. „Krysia” to widział i kąsał bolszewików jeszcze mocniej. W końcu sierpnia 1944 roku pod Werenowem dokonał zasadzki na konwój sowiecki. Zastrzelono tam dowód-cę 143. Batalionu Zmotoryzowanego NKWD, niejakiego mjr. Konarczuka – „gieroja Sowieckowo Sojuza”. W ramach akcji rocznicowej – 17 września – patrole „Śmiałego” i „Gaja” zniszczyły mosty na rzece Solczy. Akcji partyzantów „Krysi – Mściciela” w tym okresie było wiele.

Jednak za każdą udaną operacją AK szły represje wobec ludności miejscowej i przede wszystkim wobec rodzin żołnierzy Komendanta oraz zakonspirowanych osób na „placówkach”, wspierających, karmiących i oddanych bezwzględnie i do końca chłopakom z orzełkami na rogatywkach. „Krysia”, który zawsze dbał o żołnierzy, a przede wszystkim o lud kresowy, musiał strasznie cierpieć. Komendant – nazywany czasami tatą lub ojcem, do dziś w okolicach Ejszyszek jest wspominany z nabożną czcią. Nieprzypadkowo stał się Legendą…

W dniu 5 grudnia 1944 r. patrol „Pająka” został zaatakowany przez sowieciarzy. Zrobili oni – jak mówią miejscowi – „zastawę”, czyli obławę pod Skirejkami. Dowódca patrolu Romuald Bardzyński „Pająk” zastał ranny. Odwieziono go do konspiracyjnego szpitala na plebani w Dubiczach. Tam, u dzielnego proboszcza Leona Chrystowskiego mieścił się nie tylko szpitalik ale funkcjonowała również placówka AK. Prowadzono nasłuch radiowy, był też powie-lacz na którym odbito ostatni numer partyzanckiego pisma „Szlakiem Narbutta”.

Podczas gdy „Pająk” leczył się z ran, Komendant „chodził” ze swą drużyną dyspozycyjną. Oddział „Krysi” liczył wówczas tylko 9 ludzi i 2 łączniczki. W dniu 20 stycznia 1945 r. do oddziału dołączył „Pająk” i „Bradziaga”, było ich więc już 11. Nocą z 20 na 21 stycznia oddział kwaterował w Puszczy Nackiej. „Krysia” czekał na przybycie łącznika. Ten w końcu pojawił się. Nie znamy treści rozmowy Komendanta z łącznikiem, wiemy natomiast, że natychmiast potem „Krysia” poderwał oddział. Ruszyli marszem w stronę Kowalek.

Leżał głęboki śnieg. Zaspy utrudniały poruszanie się. Około północy idący w szpicy „Bąk” i „Klin” zbliżyli się do płotów wiejskich zabudowań. W tym momencie w kierunku żołnierzy „Krysi” padły strzały zza kamiennych murków i domów. Było oczywiste, że Sowieci urządzili we wsi zasadzkę.

Ostatnia walka
Przebieg bitwy w Kowalkach oraz zapis ostatnich chwil życia Komendanta znamy dzięki relacjom żołnierzy, którzy przeżyli walkę. Wśród nich niezwykle cenne jest wspomnienie wymienianego już Romualda Bardzińskiego:

”Byliśmy w białych płaszczach ochronnych, co skutecznie nas maskowało. Zaskoczenie nie spowodowało popłochu w oddziale. Nie było żadnych strat. Na ostrzał sowiecki odpowiedzieliśmy ogniem. Padły krótkie i donośne rozkazy Komendanta. – Erkaem ognia! Prawe skrzydło zawijać! Erkaem na prawe skrzydło!… Sowieci rakietami oświetlają teren i kładą nawałę ognia z broni maszynowej i ręcznej. („Krysiacy”, w przeciwieństwie do ukrytych Sowietów, byli kompletnie odsłonięci. Znajdowali się w otwartym polu – przyp. autorów). Jednak czołgając się i skokami nasza tyraliera zbliża się do nieprzyjaciela. Nasz ogień – silny – jakby nie robił wrażenia na nieprzyjacielu. Walka trwała ponad godzinę. Już niewiele brakowało do zaatakowania (ich) granatami. Po kolejnym skoku dostałem postrzał w lewe udo i zaryłem się w śnieg (…). Komendant był około 20 metrów ode mnie. Pada komenda: – „Bradziaga”, wycofać rannego „Pająka”! Z lewej strony podczołgał się „Bradziaga” i zaczęliśmy się wycofywać. Na kilka chwil ogień nieprzyjaciela zamarł. Z prawej strony, w świetle nowej serii wypuszczonych rakiet widzę sylwetkę Komendanta w skoku i słyszę gwałtowny ogień. Nadchodzą zapytania po linii z obu skrzydeł naszej tyraliery: – Jakie będą rozkazy? W odpowiedzi – cisza… Komendant poległ.”

Pozostali żołnierze, cofając się, starali się zabrać ciało Komendanta, jednak Sowieci nie przerywają ognia. Ciała Komendanta nie udało się więc zabrać, zostało zakopane w śniegu. Bez dalszych strat drużyna wycofuje się, licząc na to, że uda im się później wrócić i zabrać zwłoki dowódcy. Niestety, sowieci byli szybsi…

Epilog
Ranny „Pająk” po opatrzeniu zostaje saniami odtransportowany do plebani w Dubiczach. Ledwie ukryto go w schronie pod podłogą, gdy do domu wpadają sowieci: – Gdzie ranny bandyta? Ksiądz Leon spokojnie odpowiada, że nie ma tu żadnego rannego. Szukali, nie znaleźli. Na szczęście, byli bez psów. Tymczasem na pole pod Kowalkami przyjeżdża wozem miejscowy gospodarz o nazwisku Tamulewicz. Chciał zabrać ciało Komendanta. Został jednak aresztowany przez sowietów. Jego dalsze losy nie są znane. Prawdopodobnie był to konspirator z miejscowej placówki AK i zapewne został zastrzelony.
Według raportów sowieckich, w wyniku operacji przeprowadzonej siłami 105. Pułku NKWD, w nocy 21 stycznia 1945 roku zastrzelono, oprócz „Krysi”, jeszcze trzech żołnierzy AK. Byli to ludzie z „placówek”, z konspiracji. Był wśród nich Józef Kwiecień, ps. „Mucha”, prawdopodobnie wymieniony już Tamulewicz i ktoś, kogo określa się w materiałach historycznych jako NN.

Wieść o śmierci Komendanta dociera do Wilna. Przywozi ją łączniczka „Nowina”. Dowódca kompanii „Solcza” w zgrupowaniu „Krysi”, ppor. Stanisław Szabunia ps. „Licho” zapytał:
– Nowina, czy to prawda?
– Tak – odpowiedziała łączniczka.
„Licho” zastygł w milczeniu. Usiadł i przez wiele godzin milczał. Nie był w stanie wstać z miejsca. Pełniący obowiązki Komendanta Okręgu Nowogródzkiego „Grzyb”, rtm. Jan Skorb, ps. „Boryna” wydał rozkaz nr 41. Czytamy w nim:

”21 I 1945 r. w potyczce z bolszewikami pod wsią Kowalki poległ dowódca Zgrupowania Północ obywatel „Krysia” (…) Nauczył swoim przykładem setki i tysiące synów ziemi kresowej kochać swe strony ojczyste, swój lud, prawdę życia i sprawiedliwość. Nie umiał służyć ojczyźnie w celu uzyskania tylko pochlebstw, wpływów i stanowiska. Każdemu był najszczerszym przyjacielem, kto również jak On ukochał ideały w życiu. W najcięższych chwilach nigdzie nie poszedł szukać lepszej doli. Został tu, by oddać swe młode życie, na zawsze zranić serce rodziców, by chwałą okryć żołnierza polskiego i dać świadectwo swym postępowaniem wszystkim tym, którzy razem z Nim i spod strzechy wieśniaczej ziemi kresowej wyszli i wszystkim tym, którzy z dalszych dzielnic Polski przybywali, jak Ojczyznę kochać należy i świętej sprawie służyć (…)”.

* * *Znaleźli go. „Ciało komendanta wozili ze śpiewem po wszystkich jarmarkach i miasteczkach. Chodzili po domach, wypędzali ludzi, aby rozpoznawali, czy to naprawdę „Krysia”. Naigrywali się mówiąc: – Wasz Bóg, wasz „Krysia”, całujcie jego ręce i nogi!

Pośmiertną Golgotę Jana Borysewicza wyznaczają Nacza, Koleśniki, Raduń, Ejszyszki i Majak. W Raduniu widział Komendanta doprowadzony z celi Witold Krupowicz „Ryś”. Komendant leżał na środku w obszernym pomieszczeniu głową w kierunku ściany, ubranie było czyste – nie było śladów krwi. Skatowani żołnierze Armii Krajowej tuż przed egzekucją byli często nie do rozpoznania. W przypadku „Krysi” Sowieci nie mogli sobie na to pozwolić, wszyscy musieli być pewni, że widzą Komendanta, by nikt – nieuchwytny jak on – znowu nie porwał za sobą do boju „Krysiaków”. Zbezczeszczone po stokroć ciało Komendanta obmyli więc może po sekcji zwłok jedynie ze względów pragmatycznych, by Jan Borysewicz był jak najdłużej rozpoznawalny.
Nie mogli sobie jednak pozwolić na to, by miejsce pochówku Komendanta stało się zarzewiem legendy, spoiwem wzmacniającym polskość, zwalczaną przez nich od sześciu lat drogą masowych mordów, wywózek, branki, egzekucji i permanentnej inwigilacji, realizowanych zarówno przez ofcjalne władze państwowe jak i oddziały bolszewickich grup leśnych „walczących o sowieckość tych ziem”. „Krysiacy” próbowali śledzić jego ostatnią drogę by wyrwać z rąk wrogów tego, który odbierał ich śmierci wielokrotnie. Czy ktoś dążeniami tymi kierował? Komenda Okręgu raczej nie, szukali go instynktownie i wielu planowało pójść jeszcze raz za Janem Borysewiczem „Mścicielem”, zwanym przez Sowietów „krysą”, czyli szczurem.

Ostatni raz widziano go w Ejszyszkach, był tam „Orzeł” i jego towarzysze od „Zemsty”: ”W tym czasie, kiedy ciało było na rynku w Ejszyszkach, myśmy byli w lesie koło miasteczka w zamiarze odbicia i zabrania zwłok Komendanta. Przyjechało dużo wojska. Nie mogliśmy podjąć walki”.
Była ostra zima, grunt na wskroś przemarznięty, koło Ejszyszek wzgórze zwane Majakiem od carskiego telegrafu świetlnego, przy nim trzy studnie. Do jednej z nich znajdującej się w fosie średniowiecznego grodziska, wrzucono trzy osoby, wiązkę granatów i pocisk moździerzowy, który na szczęście nie wybuchł. To było na głębokości około 8 metrów. Tuż nad poległymi leżał szkielet psa. Od 6 metrów wzwyż studnię wypełniały dreny melioracyjne – prace hydrotechniczne prowadzono tu w latach 60–ch.

„Krysia” odszedł na wieczną wartę. Pośmiertnie został odznaczony Orderem Virtuti Militari. Stoi z legionem kresowych żołnierzy na straży wielowiekowej sekwencji życia naszych przodków, której my jesteśmy dopełnieniem, na straży wszystkiego, co jest tam, tylko trochę wcześniej, dzięki czemu nie rozpłynęliśmy się w sowieckim morzu i nie utonęliśmy w stalinowskim bagnie.

MARCIN BIEŃKOWICZ, MICHAŁ WOŁŁEJKO /Magazyn Polski na Uchodźstwie
za http://kresy24.pl/